piekny blog

Twój nowy blog

Wpisy w kategorii: Bez kategorii

Rozdzial 2: Dlugo oczekiwane uzupelnienie

Dawno, dawno temu, w odleglej krainie zwanej osiedle Beskidzkie, znajdujacej sie na calkiem odleglej plaszczyznie astralnej wbrew pozorom zamieszkalej przez istoty inteligentne wydarzyla sie rozpoczeta przeze mnie przed chwila historia, ale skonczmy juz z tym pierdoleniem bo widze, ze napewno jestescie ciekawi co sie dzialo dalej. Wiec zamknac mordy i sluchac, bo nie lubie powtarzac dwa razy. Ma ktos ognia?…dawaj… a peto?…dzieki…na czym to ja stanalem? A, no wlasnie. Krzysztof Rypkowski. Tego wlasnie pamietnego dnia wrylo nam sie w pamiec to nazwisko. Dres dotoczyl sie do naroznego stolika i pograzyl swa paskudna gebe w panujacym tam polmroku. Nie rozmawiali dlugo, jednak widac bylo gwaltownosc prowadzonej rozmowy. Bylo tez slychac padajace pare razy „pojebalo cie?!” czy „zamknij dupe!” ktore pozwolily nam wywnioskowac, ze dzieje sie cos niedobrego.

-Co ty tu kurwa robisz kretynie?
- Szyysiu… alle ussphokuj ssie szyysiuu…
Dres dostal plaska w ryj poprzedzonego bardzo nieprzyjemnym „pojebalo cie?!” co jakby spowodowalo, ze nagle otrzezwial. Spojrzal metnym wzrokiem na Rypkowskiego, sciagnal macha Chesterfielda wysepionego uprzednio od Krzysia i przemowil juz calkiem wyraznie:
- Krzysiu, mamy przejebane…
- Zamknij dupe! Po kiego tu kurwa przylazisz psie jeden? Mam nadzieje, ze to wazne bo nie bede za ciebie nadstawial tu karku. No, mozesz mowic – Krzysztof rzucil ponaglajacym spojrzeniem pelnym wladczosci, obrzydzenia oraz zajebania.
- Nie ma Henka! Porwali! Kurwisyny jedne! – dres zaczal szlochac. Byl to naprawde zalosny widok, ale Rypkowski nie odezwal sie ani slowem. Zadnej zlosliwej uwagi czy gnojacego komentarza. Rozumial go. Sam z trudem powstrzymywal swoje emocje, caly smutek, zaskoczenie, zali i przede wszystkim gniew. Ale nie bylby prawdziwym Rypkowskim gdyby sie nie upewnil.
- PIERDOLISZ?!
Dres juz nie odpowiedzial, pograzyl sie w smutku i zaczal wyc. Wiec to prawda… Porwali osiedlowego dealera.

Rypkowski wiedzial co ma zrobic. Wiedzial czego sie od niego oczekuje. Dresy, jako najczestsza klientela rynku narkotykowego poczuly sie najbardziej dotkniete ta strata. Postanowily wynajac detektywa zeby rozwiazal sprawe Henka dealera. W zwiazku z jego nieobecnoscia dresy beda musialy przejsc na glod narkotykowy, czyli beda sklonne zaplacic calkiem spora sumke. Rypkowski juz wiedzial ze przyjmie ta sprawe, jednak odmowil zeby wyciagnac wiecej hajsu od tych niedorozwojow. Sam cieszyl sie, ze pomyslal i zrobil u Henka spore zakupy kilka dni temu. Na sledztwo powinno wystarczyc. To moze byc najtrudniejsze zadanie w jego dotychczasowej karierze detektywistycznej(spraw na koncie: 2*) ale to jest takze sprawa osobista.

Rypkowski bez zastanowienia zbil lufe. Tak trudnej sprawy nie mozna bylo prowadzic bez cudownej mocy henrykowego ziola. W sumie, jesli ziolo pochodzilo od Henryka, a wlasnie to jego trzeba bylo odnalezc, to zwiazek ten napewno ma jakies znaczenie i rzuci troche swiatla na te zagadke. Tak przynajmniej wydawalo sie Krzysiowi, gdyz nie umial wymyslic innej wymowki do palenia. Tak czy siak pomoze mu to. Napewno.

Po spaleniu lufy Rypkowski ruszyl do swojej zbrojowni. W piwnicy jego bloku panowala calkowita ciemnosc. Krzysiu jednak nie zapalil swiatla, znajac na pamiec droge wsrod labiryntu korytarzykow tych katakumb. Zatrzymal sie i wymacal w scianie wneke. Przycisnal reke. Czytnik linii papilarnych przeswietlil ja. Przed nim wysunely sie dziwne gogle. Przylozyl don oczy umozliwiajac urzadzeniu przeswietlenie siatkowki. Urzadzenie wydalo z siebie kilka pikniec po czym na wysokosci krocza wysunela sie rura. Krzysiu rozpial rozporek, zrobil swa mine numer 34(mine mowiaca „nienawidze tej czesci”) i wsunal pindola w rure. Urzadzenie zacisnelo sie na praciu po czym odessalo probke moczu i spermy do przeswietlenia. Zapalilo sie zielone swiatelko, a Rypkowski z bardzo wyczerpana mina pchnal drzwi do przodu. Wlaczyla sie jarzeniowka i pomieszczenie wypelnila swiatlosc. Miniguny, karabiny maszynowe, shotguny, pistolety i inne smiercionosne gowna – to wlasnie wisialo na wszystkich scianach pomieszczenia. Nad wejsciem widnial bardzo filozoficzny napis stanowiacy motto detektywa: „Mysli po zakurwieniu sie sa tak glebokie jak wiadro z ktorego sie zakurwiles”. Rypkowski zawsze zatrzymywal sie i kontemplowal ten napis. Siegnal reka po wiszacy na scianie Shotgun Gaussa rocznik ’79 z zupelnie niewidoczna w tym momencie historii inskrypcja na kolbie. Druga reka chwycil za maczete lezaca na stole. Wiadro, ktore bedzie musial sciagnac do rozwiklania tej sprawy bedzie musialo byc nawet glebsze niz odbyt wyjebany przez stado jucznych bambusow.

*Sprawa Osiedlowego Nekrofila oraz Zagadka Dziwnej Sraki Spod Alberta

Google.com – Wyniki wyszukiwania hasla krzysztof rypkowski:
Czy chodziło Ci o: krzysztof.rutkowski
No matching results were found…
Not until now. Piekny.blog.pl is proud to present the story of a detective Krzysztof Rypkowski, the world’s greatest private eye.

Rozdzial 1

Nieoczekiwane spotkanie

Henryk byl normalnym facetem jak ja i ty. No, moze bylby, gdyby nie fakt, ze mial glowe wielkosci pilki do koszykowki ktora osadzona byla na pokracznej goblinopodobnej sylwetce osiedlowego lumpa. Glowa jego miala wspomniany juz rozmiar pilki do kosza wcale nie z naturalnych powodow. Otoz jakies dziesiec minut przed stanem w ktorym zostal opisany, Henryk dostal tak zwany ‘wpierdol’, ktorego wiekszosc skoncentrowana byla na jego ryju i zostal wrzucony do bagaznika pomaranczowego malucha. Tutaj wlasnie zaczyna sie ta historia…

Sposrod tysiecy historii opowiadanych mi przez osiedlowych pijaczkow i meneli tylko ta jedna uwazam za godna opowiedzenia innym pijaczkom i menelom. Moze nie jest specjalnie porywajaca, jednak zawsze gdy wymowie nazwisko Rypkowski caly bar zwraca na mnie swoje spojrzenia. Nawet najbardziej pijani bywalcy z trudem unosza wzrok znad wlasnych rzygowin aby tylko posluchac historii o detektywie Krzysztofie Rypkowskim. Majac juz wiec wasza uwage zwrocona na moja persone moge zaczac opowiadac ta historie zagadek, milosci, zdrady, silnych trunkow i nielegalnych srodkow odurzajacych.

Kolejny parszywy wieczor w Pijarni. Te same kaprawe ryje, te same zapijaczone mordy co zawsze. Jednak dzis, tak jakby dla odmiany w knajpie pojawil sie ktos obcy. Nie wygladal ani na pijaka, ani na menela, chociaz w sfere praworzadnych obywateli takze nikt by go nie wpisal, wyrokujac ze sposobu ubierania sie i(gdzie tu nowosc?) kaprawego ryja. Wyroznial sie z tlumu zaledwie dresem, lysa czacha, szara bluza z kapturem zaciagnietym do polowy lba i snieznobialymibialymi adidasami, lecz w zupelnosci to wystraczylo, by zauwazyc, ze cos z nim nie tak. Wygladal jakby wszystkie zmysly, za wyjatkiem rownowagi mial wyostrzone. Nasuwalo sie wiec pytanie. Po chuj pijany dres wlazi do menelskiej knajpy osiedlowej o tak wczesnej porze? Opcje byly tylko dwie; zebrac wpierdol lub spuscic wpierdol. A, ze nikt w knajpie przewaznie ochoty na dostanie wpierdolu nie mial to drechy tego typu zebrawszy go wychodzily i nigdy tu nie wracaly. I tu wlasnie byla dziwnosc w tym calym zajscu. Bo jego ryj wydawal nam sie znajomy…

Przez jakies 15 sekund wiercil mnie swoim masakrycznie przeszywajacym spojrzeniem z ktorego az bilo elokwecja i wielowiekowa madroscia. W koncu, znudzony juz tym widowiskiem odezwalem sie pierwszy. Formulki tej nauczylem sie na pamiec w Akademii Barmanskiej juz cale lata temu. Sluzy ona do grzecznego, aczkolwiek niezbyt natarczywego i agresywnego dowiadywania sie czego zacny klient moze sobie zyczyc. Brzmi ona nastepujaco:
- Czego kurwa?
- Sssspieerdalaaj, bede gadał tylko zz Szzyysiem!
Widzac, ze za pierwszym razem formulka nie poskutkowala postanowilem uzyc kolejnej, ktorej nauczyli mnie rodzicie juz za mlodu. Czesto ja wobec mnie stosujac wyksztalcili u mnie podstawowe zasady savoir vivre’u i etykiety wyzszych klas spolecznych:
- Co kurwa?
- Tylkooo zz SZYSIEEEM!!!
Dres zaczal troche przypominac male dziecko, ktore tupie nozkami bo chce dostac cukierka. Tylko, ze zamiast tupac nozkami zaczal wywijac lokciami, a zamiast cukierka chcial jakiegos „Szysia”. Zapowiadala sie kolejna tepa rozroba, kolejne zniszczenia w mojej knajpie i najgorsze, kolejna porcja taszczenia nieprzytomnego drecha na blokowy smietnik.
Majac takich stalych bywalcow niepotrzebna mi byla ochrona. Nie musialem nawet slowem sie odzywac aby trzech gentlemanow w brudnych kurtkach wstalo i skierowalo swe kroki w strone tego chodzacego posmiewiska. Wtem z naroznego stolika rozleglo sie zawolanie:
- Zostawcie go panowie. On jest ze mna. – Glos ten napawal mnie strachem i obrzydzeniem zarazem podtrzymujac lekka nutke tajemniczosci. I na taka sytuacje mialem wyuczona przed laty formulke, z tym, ze akruat tej nauczylem sie od babci – swiec panie nad jej dusza – sklerotyczki:
- A ty to kurwa niby kto?
Postac z cienia zgasila niedopalek skreta w kiepownicy i splotla rece.
- Jam jest Krzysiu.

C.D.N.

Howdy-ho

4 komentarzy

Heh… no wienc troche dawno mnie tu nie bylo, juz prawie zapomnialem ze mam w ogole bloga. Troche opuszczam sie w pisarstwie a podnosze w pijanstwie, ale chuj. Obiecalem sobie poswiecenie temu miejscu tyciusia odrobinke wiecej mego zainteresowania. Wkurwialy mnie te kolory… rasta :D wiec wrocilem do starego wystroju, co zreszta widac… Ciekawi mnie ile czasu minie zanim ktos sie tu odezwie _zanim_ wywiesze na gadu status o nowej notce :P O tej oczywiscie nie wywiesze, mam juz pare ciekawych w planie i mam nadzieje ze sie kurwa spodobaja, bo jak nie to wpierdol. Wszystko, nara.

Przed przeczytaniem polecam obejzec 300 Spartan(i zamieszkac w Bielsku :D)

Dawno, dawno temu, w Bielsku, w czasach gdy honor, żulerstwo i picie w miejscu publicznym niektorzy ludzie stawiali sobie za najwyzszy cel, nizej opowiedziana historia miala miejsce.
Marek, okrzykniety krolem żuli juz w mlodosci, kiedy to zapierdolil straznika miejskiego tulipanem w waskiej uliczce(ani myslal uciekac i zostawiac niedopitego browara) sprzeciwil sie woli boga-komendanta. Otoz, na miescie szykowala sie niezla oblawa. Masywna armia psow miala zrobic przetrzep na Bielsku takiego kalibru, jakiego nikt wczesniej nigdy nie widzial. Krol zgromadzil wiec armie. 3 najlepszych żuli w calym bielsku mialo stawic czola 500 gliniarzom i nie dopuscic do ich dostania sie do centrum. Od mlodosci wszyscy wedlug bielskiej tradycji byli szkoleni w piciu w miejscach publicznych. Najwieksza chwala dla nich bylaby smierc, broniac swoich idealow i centrum w walce z policja i jej poplecznikami.
Ktoregos razu, wybral sie ze swa armia 2 żuli na browara za sadem. Piwo wchodzilo dobrze, a wiosenne slonce dawalo żulom mile ciepelko. W pewnym momencie, trzech żuli zaskoczylo 3 reprezentantow prawa.
- Oooo, widze mamy tu picie w miejscu publicznym… Wiecie, ze szykuje sie wielka oblawa? Taak, panowie, zacznie sie wlasnie tu, za sadem. To bedzie 100zl na lebka. Bedziemy musieli wypisac mandat.
- Mandat?! – oburzyl sie Marek – THIS IS ZA SADEEM!!!
Policjant ktory wypowiedzial te slowa dostal solidnego kopa w klate i szybko wyladowal na dnie klifu na ktorym ‚za sadem’ bylo usadowione. W tym samym momencie(kamera przechodzi w zwolnione tempo) Piekny i Bula rozjebali dopite juz browary o sciane i tulipanami poszlachtowali dwoch pozostalych strozow prawa, takze wrzucajac ich jeszcze zywych w przepasc. (Kamera leci za jednym palkarzem, przez kurewnie dlugi okres czasu, w koncu lapiac moment w ktorym palkarz roztrzaskuje sie o dno, gniotac swoim zdechnietym cialem kilka butelek, ktore dodatkowo masakruja jego bezwladne zwloki)
- Panowie! – wykrzyknal krol żuli – Lepiej zapalcie sobie sniadaniowe petko wczesniej, because tonight WE SMOKE IN HELL!!!
Odpowiedziano mu glosnym „HUURA!!!” po czym żule zaczely sie przygotowywac do odpierania przewazajacej ich liczebnie armii i niedopuszczeniem do ich przedostania sie w strone centrum(czyli EPIcentrum żulerstwa).
Przygotowania do obrony trwaly dlugo. Trzech zaczelo budowac mur blokujacy tylne wejscie do ‚za sadem’.
- Panie, ktos nas sledzi – rzekl Bula.
- Wiem. Szedl za nami od Pigala. – odparl krol, spojrzawszy w strone odleglej sylwetki w typowo żulerskich ubraniach.
W tym samym momencie ‚za sad’ weszlo kolejnych trzech gliniarzy.
- Panowie, co tu sie wyprawia?! W imieniu boga-komendanta policji bielskiej rozkazuje wam zaprzestac budowy tego zalosnego muru. Sadzicie ze to powstrzyma nasza olbrzymia… – przerwal strwozony. Wlasnie zauwazyl, ze mur zostal zbudowany z pustakow przekladanych kawalkami policjantow.
- Ten mur zbudowali nasi przodkowie, setki dni temu – odparl Piekny – Jest zajebiscie mocny, a bedzie i lepszy jesli dalej wasi koledzy beda nam dostarczac zaprawy.
- Nasze armatki wodne maja taka moc, ze woda z nich wystrzelona zakryje slonce!
- No to bedziemy walczyc w deszczu – odparl Piekny.
Strach malowal sie w oczach pana wladzy. Piekny usmiechnal sie kurewsko wrednym usmieszkiem. [Tu kamera znowu wchodzi w zwolnione tempo, widac jak gliniarz siega po bron, a Piekny z tulipanem leci w jego strone. Wyskakuje na 40 metrow w gore i bierze zamach. Gliniarz w tym czasie wyciaga pukawke i celuje w niego, jednak zanim jego mozg w ogole wykombinowal, ze trzeba pociagnac za spust i przeslal droga nerwowa te informacje do jego palca, doszedl do wniosku, ze informacja ta zatrzymala sie kolo przedramienia, a palec(wraz z reszta dloni i pistoletem) wyladowal na ziemi kilka metrow obok niego]. Po krotkiej rozmowie namawiajacej palkarzy do wyslania swych najlepszych oddzialow, bezreki glina i jego patrol znikneli za rogiem by poinformowac o zajsciu komendanta. Zza rogu wtem wyszla zdeformowana postac w żulerskim ubraniu.
- Zmiataj stad pokrako! – rzucil mu Bula grozac tulipanem – Albo posmakuj mojego szkla!
- Zostaw – ucial mu Marek – idz budowac mur, ja sie tym zajme. Skad masz żulerski uniform przybyszu?
- Jestem Mury, syn Muroslawa i Kury. Moi rodzice opuscili centrum gdy sie urodzilem, by ocalic mnie od niehybnej smierci jako zdeformowanego zjeba. Ciuch mam po starym, tulipana sam zrobilem. Chce walczyc po waszej stronie z psami – wyprowadzil szybkie pchniecie swoim tulipanem.
- Dobre pchniecie Mury, synu Kury. Trzymaj ta flaszke druga reka. A teraz sie z niej napij.
Mury sprobowal przylozyc druga reke do ust, jednak jego zdeformowana konczyna nie dosiegala do rownie zdeformowanego ryja.
- Walczymy jako druzyna. Kazdy żul musi na toast zalyczyc winiaka albo browara w czasie walki aby chronic swoich kolegow nalezycie. Jak sam widzisz, nie nadajesz sie do picia. Bardziej sie przydasz zbierajac trupy z pola walki i dobijajac ranne psy.
Z ust Murego wydobyl sie mrozacy krew w zylach krzyk zjebanego potepienca. Odszedl bez slowa. Znaczy poklal sobie troche pod nosem na żuli i Marka, a potem poszedl sie rozplakac gdzies w samotnosci i uzalac nad soba zjezdzajac na recznym z bolu.
My tymczasem szykowalismy sie mentalnie do walki.
- Podaj jeszcze browara Piekny! – wykrzyknal Bula – I daj mi ognia, bo lufa zgasla!
- Spoko, masz. Czego chcial ten zjeb Mury?
- Pierdolic go, pewnie jak zwykle chcial sepic nas z fajek i browarow i i tak chuja by zrobil w naszej szczytnej sprawie. Daj lufe Pieknemu, a potem do mnie.
I tak oto żule w pelni skupienia przygotowywali sie na natarcie psow. Wkrotce nadeszlo 50 palkarzy, mlodzikow odrabiajacych sluzbe wojskowa. Żule stanely w szyku bojowym, tulipan w jednej rece, flaszka w drugiej.
Gliniarze rzucili sie na nich bezladnie. Uzbrojeni byli w palki i przezroczyste policyjne tarcze. Nie wiedzieli natomiast, ze maja do czynienia z profesjonalnymi żulami.
- Za Bielsko!!! – Marek wzniosl toast. Żule popili rownoczesnie.
Gliniarze podbiegli juz do żuli ze swoimi tarczami i zaczela sie przepychanka. Masa napierajacych psow jednak nie potrafila nawet o metr ruszyc żulerskiej formacji.
- PCHAAC!!!
Kazdy z żuli pchnal z bara. Gliniarze cofneli sie kilka metrow. Jeden z nich uderzyl palka Bule w glowe z calej sily. Tylko go tym zdenerwowal. Bula wyprowadzil serie celnych pchniec prosto w jego paskudny, psi ryj. Po dwoch sekundach naparzania okazalo sie, ze z glowy policjanta zostal jedynie krwawy kikut na koncu szyi. Żule zaczely dzgac na prawo i lewo tulipanami popijajac ze swych flaszek na komende krola.
- Panowie! Czy oni nie wydaja wam sie spragnieni?!
- Wydaja – odparl Bula.
- No to dajmy im sie napic!
Jak na komende żule idac po trupach popychali caly czas oddzial policji w strone klifu, na dnie ktorego znajdowala sie calkiem spora kaluza. Chwile pozniej nie bylo juz ani jednego przy zyciu.
- Co za cipy! – wykrzyknal krol – nie udalo im sie nawet skrzywdzic zadnego z nas!
Wtem niebo pociemnialo, a żule spojrzeli na zgromadzona w oddali armie Policji i Strazy Miejskiej. Z poczatku nie wiadomo bylo co sie dzieje, jednak po chwili zorientowali sie, ze z 10 suk stojacych w oddali wystrzelily armatki wodne.
- Pierdolone tchorze! – wykrzyknal Marek w strone gliniarzy – Nie podejda tu nawet zeby walczyc z nami z bliska!
- Spoko, zajebalem parasol z ogrodka w Galerii – powiedzial Piekny, po czym siegnal na ziemie po gigantyczny parasol Żywca. Rozwinal go akurat na chwile zanim woda pierdolnela w jego powierzchnie z calym impetem. Bula zaczal lac ze smiechu.
- Z czego rzysz? – spytal Piekny.
- Miales racje z tym walczeniem w deszczu!
Cala armia rozesmiala sie w tym momencie.

W sumie to tyle na dzis, pobawilbym sie jeszcze z tym troche ale musze jutro wstac, no i zjechac na recznym by wypadalo ze 40 razy przed spaniem, wiec powiem tylko tyle… IDZCIE NA 300!!!! :D

***

Z dawna oczekiwany moment, zakonczenie historii 3 meznych żuli broniacych wolnosci, swego ukochanego centrum i oczywiscie mozliwosci dalszego picia w miejscach publicznych. Szczerze przyznam, ze brakowalo mi naprawde niewiele textu z tego co zaraz tu zobaczycie, gdyz wiekszosc mialem caly czas w notatniku juz mniej wiecej od tygodnia po zamieszczeniu poprzedniej czesci ;] Fanow jakos specjalnie nie mam zbyt wielu, wiec krotka wiadomosc na gadu mam nadzieje styknie, azeby notke ta ujzaly oczy inne niz moje :D

***

Pierwsze natarcie nawet nie zmeczylo żuli. Jak tylko armatki wodne wyproznily swoje zapasy wody rozpoczela sie prawdziwa jatka. Dziesiatki gliniarzy na motorach ruszylo na trzech.
- Klin! – wykrzyknal Marek.
Żule szybko ustawily sie w zadanej formacji. Krol odwrocil sie do swej armii.
- Dzisiaj zaden żul nie zaplaci mandatu!
I tak stalismy, uzbrojeni dodatkowo w przezroczyste policyjne tarcze i nasze lekko juz wyszczerbione po pierwszym natarciu psow tulipany. [gdy tym razem kamera wchodzi w zwolnione tempo widac jak pierwszy palkarz na motorze bierze zamach na Bule, wydaje sie, ze rozbije szyk, jednak ten wychyla tulipana do przodu nabijajac twarz palkarza na swe szklo. Tulipan przechodzi na wylot razem z piescia, lokciem i przedramieniem, po czym jego usuniecie rozbryzguje obrzydliwa ciemna maz stanowiaca krew policjantow wszedzie naokolo.] Robilismy to po co sie wyszkolilismy. [kolejny slo-motion, tym razem palka psa siega juz prawie twarzy Pieknego, ale ten szybko przebija mu tulipanem opone sprawiajac, ze glina laduje 500 metrow za nim obdarty od upadku ze skory, rak, nog oraz jelit, ktore to zgubil po drodze kiedy usilowal posrac sie z bolu, a jego motor rozpierdala sie o sciane, pochlaniajac wybuchem kilku nadjezdzajacych psow.] Robilismy to po co sie wychowalismy.[w kolejnym zwolnionym tempie Marek przebija na wylot twarz kolejnego nacierajacego na motorze psa nabijajac przy okazji ryj nastepnego i zrecznym pchnieciem kciuka pozbawia obu jader.]Robilismy to po co sie dzis napierdolilismy.

***

Dobijanie rannych trwalo kolejnych kilka godzin. Żule, majac awersje do pracy fizycznej po prostu zostawili ich rozjebanych po calej okolicy, a tych „szczesciarzy” ktorych dobijac sie im nie chcialo zostawili tam gdzie lezeli zeby wpieprzyly ich drapiezne golebie.
- Panie, kilku naszych żulerskich kamratow blaga o mozliwosc walki z palkarzami. – rzekl Bula.
- To im powiedz, ze mam dla nich odpowiednie zadanie. Chce Habdiego, Damiana i Bulla. Powiedz, ze maja byc chetni, nietrzezwi i gotowi zeby pocalowac mnie w moje spocone dupsko z nalezytym krolowi respektem. Jak to zrobia to moze im cos wymysle – krol usmiechnal sie perfidnie. Wiedzial, ze nie zrobia.
- Panie! – rozleglo sie wolanie Pieknego – Oddzial psow! Za maly, zeby zaatakowac. W sumie to jest tak maly, ze chuja by komukolwiek zrobil.
- Pewnie chca negocjowac warunki naszego poddania sie. Pojde z nimi pogadac.
- Ale…
- Spoko stary żulu, sa za tepi zeby mnie zabic.
Marek poszedl w strone gliniarzy. Okazalo sie, ze jest to jeden polonezik na dachu ktorego siedzial samozwanczy bog-komendant policji bielskiej. Z przednich siedzen wysiadlo dwoch psow, uklekneli naprzeciwko siebie a z dachu po masce i ich plecach na ziemie zszedl dosc duzy gosciu.
- Chodz Marku, ponegocjujmy – powiedzial glebokim basem.
- Negocjujmy co? Dla mnie sytuacja wyglada dosc jasno.
- Warunki waszego poddania sie. Przymruze oko na wielokrotne morderstwo ktorego kazdy z was sie dopuscil i moge przyjac was jako moja prywatna grupe do zadan specjalnych. Jedyne co musisz zrobic, odwazny krolu to przyjac mandat na 50zl. Pomysl o swoich ludziach Marku. Przez twoja glupote mozecie wszyscy dostac dozywocie, dzieki jedynie skinieniu mojego palca.
- Pierdol sie dziadu.
Z tymi slowy na ustach Marek odwrocil sie i poszedl w strone za sadem. Bog-komendant troche na niego powrzeszczal, zagrozil jakimis pierdolami, ale Marek mial to wszystko w najglebszej czelusci swego odbytu(dla niedomyslnych, downow i debili „W DUPIE”).

***

Po dlugich zmaganiach, walce z jakimis nijami w dziwnych maskach i po pokonaniu wielu, wielu zmutowanych psow(smierc kazdego zostala drogo okupiona, ilosc żuli bowiem spadla do zaledwie 3 :O) oraz kilku totalnie niepotrzebnych scenach milosnych, watkach polityczno-rasistowskich, wyciskajacych lzy scenach a la Gladiator(zapewniam, w tym filmie bylo wiecej niz wam sie moze wydawac :D) w koncu doszlo do sceny koncowej, ktorej nie opisze tutaj, gdyz… mi sie nie chce! :P taak, wiem, bardzo to wredny zarcik z mojej strony, ale co poradze, wredota jetem wcielona :D Jesli dzisiaj tego nie poprawie i nie dopisze, to pewnie nastapi to za miesiac :D

Oto i moje krociutkie opowiadanko o jebanej Hiszpanii. Doszukujcie sie w nim pierdolonych paraleli, alegorii, parabol, symboliki itp to kurwa daleko zajdziecie(serio :P) A wiec, bez dalszych zbednych shitow oto i co wypocilem :P sa polskie znaki, bo wiaze z tym jakies moje glupie nadzieje :D take it, hold it, read it, love it:

- Polej jeszcze! – rozległo się wołanie z drugiego końca stołu. Chociaż może słowo stolik bardziej by się tu nadało, gdyż mebel miał około metra średnicy – Lej, ino szczodrze, dobre toto!
- Sam se kurwa polej ciulu – usłyszał w ripoście z drugiego krańca stolika – co ja służący?! I zabieraj tłuste dupsko z moich fajek trupojebie!
W całej kuchni rozległ się gromki rechot. Posiadacz pierwszego głosu sposępniał i podniósł swe całkiem sporych gabarytów siedzenie ze zmiażdżonej paczki Lucky Strike’ów. Uchwycił ją tłuściutkimi palcami podobnymi do osławionych w Hiszpanii Top Dogów** i cisnął w stronę posiadacza głosu drugiego.
- Trupojebie, ha! Dobre! – dorzucił trzeci głos przekrzykując pijacki śmiech kumpli.
- Spokojnie Krzysiu, oddychaj – dodał czwarty, zapijaczony głos, którego właściciel zaczął klepać ledwo utrzymującego się w pionie właściciela głosu trzeciego, któregoż imię brzmiało Krzysiu – Dobra, to ja mu naleję jak z Luja taki kutas złamany.
Jako powiedział tak i uczynił. Pochwycił flaszkę szybkim, ledwie zauważalnym dla mocno już wstawionej ekipy ruchem, żwawym pchnięciem kciuka zrzucił nakrętkę z gwinta i z gracją godną przysłowiowego słonia w składzie porcelany wychylił wspomnianą flaszkę nad kieliszek po drugiej stronie stolika. Rozlana wódka, nie wspominając już o przewróconych wskutek jej polewania szklankach i kieliszkach, pokrywała już niemalże całą powierzchnię mebla.
- Staszeeek… a ty wiesz, że to trza będzie posprzątać?
- Ty mi dupy nie zawracaj takimi pierdołami, Kazik – powiedział mocno akcentując każde r grubasek siedzący obok Krzysia – nunc est bibendum! A sprzątać, to kurwa, rano!

W pokoju panował nastrojowy półmrok. Mętne światło wpadało do środka przez na wpół opuszczoną roletę. W powietrzu unosił się zapach przesiąkniętych alkoholem i potem ubrań i dym papierosowy. Na łóżku leżała dziewczyna, przykryta do pasa brązowym kocem. Leżała na boku, twarzą do ściany, a plecami do dość chudego reprezentanta płci przeciwnej. Owe przesiąknięte potem i zapachem gorzały ubrania leżały na podłodze, bezładnie rozrzucone wokół łóżka, prawdopodobnie wskutek zdejmowania ich w niemałym pośpiechu, celem doprowadzenia do bardziej dogłębnego poznania tych dwojga. Dziewczyna poruszyła się i wymamrotała coś przez sen. Chudzielec zgasił papierosa na zakrętce od słoika, którą położył na podłodze między czarną skarpetką, przewróconym butem a białym stanikiem. Chwilę jeszcze wpatrywał się nieobecnym wzrokiem w sufit, po czym przewrócił się na bok i przytulił do dziewczyny. Ta wymamrotała coś co brzmiało jak: „jeeszcze?” On wymamrotał coś, co brzmiało jak: „no…” i pocałował ją w szyję.
- Luju… – powiedziała głośniej.
- No?
- Luju!
- No co?
- Luju, kurwa! – jej głos nabrał bardziej męskiej barwy.
- No czego chcesz kobieto?!
- Wstawaj – odparła, po czym odwróciła się w jego stronę. Nie przypominał sobie, żeby wcześniej miała takie obfite bokobrody. Nie przypominał sobie też, żeby miała tak gęste brwi i orli nos.
- Kurwa.

- Ja ci dam „kobieto”! – usłyszał głos nad uchem – Wstawaj żesz kurwa Luju, już prawie piąta!
Ból był nie do zniesienia. Zarówno ból fizyczny, jak i psychiczny. Ból fizyczny zogniskowany był w środku czaszki Luja. Psychiczny wiązał się z wybudzeniem go z tak cudownego snu w tak brutalny sposób i to w najlepszym momencie. Oraz ze świadomością, że trzeba posprzątać.
Powoli otworzył oczy, wsparł się na łokciu i spojrzał na swój pokój. Wszystko wyglądało dokładnie tak jak we śnie, pomijając piękną dziewczynę oraz jej część garderoby na podłodze. Gdy zsunął rękę niżej, by podrapać się w krocze, całą jego uwagę przykuła jeszcze jedna pamiątka po cudownym śnie. Staszek roześmiał się głośno, jednak szybko śmiech przerwał kaszel i przerywane nim przekleństwa. Parę chwil później uspokoił kaszel na tyle, by móc się odezwać.
– Luj, ty luju! – Staszek roześmiał się na nowo – Czy on ci kiedyś w ogóle mięknie? Wstawaj cwelu, trza sprzątać, bo do tego burdelu to bym nikogo nie wpuścił!
- Mam to w dupie.

W przestronnym pokoju panował półmrok. Przez zasunięte zasłony przebijały promienie popołudniowego słońca. Postać siedząca w fotelu zapaliła zapałkę i przyłożyła ją do cybucha fajki. Płomień na chwilę rozjaśnił skryte w cieniu oblicze mężczyzny, jednak nie na tyle, by jego twarz nabrała w oczach zgromadzonych w pokoju wyraźniejszych kształtów. Mężczyzna położył zapałki na biurku po czym wypuścił fajkowy dym z ust. Zapachniało wanilią. Dość szczupły mężczyzna siedzący na krześle naprzeciwko głośno przełknął ślinę. Dwóch ochroniarzy stojących po bokach fotela nawet nie drgnęło.
- Wydymał mnie pan.
- Ja…
- Nie toleruję niesubordynacji – ucięła mu postać z cienia – nie ma tu miejsca dla pana.
- Ale… – postać przerwała mu ruchem ręki.
Przerażenie malowało się na twarzy szczupłego mężczyzny, który raz jeszcze spróbował się wytłumaczyć. Raz jeszcze przerwano mu gwałtownym machnięciem ręki. Postać w fotelu wypuściła kolejną chmurę dymu, po czym gwałtownie wstała, wyciągając coś spod biurka i pochyliła głowę w jego stronę, wyłaniając z dymu twarz. Mężczyzna zauważył, że posiadacz twarzy był dużo młodszy niż mu się wydawało. Miał krótkie, jasne włosy i przenikliwe spojrzenie. Twarz była dokładnie, pedantycznie wręcz ogolona. Nie miał za dużo czasu, by dokładniej się jej przyjrzeć z powodu sporej dawki arsenu wdzierającej się właśnie w jego własną twarz, pokonującej odległość do jego potylicy by rozbryzgać jego mózg na znajdującej się zaraz za nim ścianie. W pokoju zapachniało prochem, a stojący za biurkiem młodzieniec stał bez ruchu wspierając dymiącego obrzyna na lewym przedramieniu.
- Posprzątać mi to – powiedział w końcu.
- Dobrze Krzysiu – odpowiedział jeden z ochroniarzy – Się robi.
- Czy ja ci pozwoliłem tak się do mnie odzywać?
Ochroniarz położył dłoń na ramieniu swojego szefa i potrząsnął mocno. Nazwany Krzysiem upuścił obrzyna na biurko, sięgnął ręką pod marynarkę. Szybkim ruchem wyszarpał z kabury pod pachą srebrzysty pistolet, odwrócił się i strzelił mu między oczy. Uścisk na ramieniu nie rozluźnił się. Ochroniarz przez chwilę stał w bezruchu, wpatrując się w swojego szefa, po czym wyciągnął drugą rękę, chwycił jego drugie ramię i mocno nim potrząsnął. Zszokowany Krzysiu rozwarł szeroko oczy. Nie przypominał sobie, żeby jego ochroniarz miał takie obfite bokobrody. Nie wspominając o gęstych brwiach i orlim nosie.
- Kurwa.

- Krzysiu, no weź, nie rób jaj, pora wstawać!
- Staszek… – odparł Krzysiu – zabieraj te tłuste łapska zanim ci je wyrwę i nimi zatłukę…
Staszek usłuchał. Zabrał ręce z ramion leżącego w łóżku Krzysia i odsunął się kawałek. Krzysiu rozejrzał się po pokoju zaspanym wzrokiem. Czuł, jakby jego głowa była uwięziona w imadle, które cały czas się zaciska. Zlustrował pokój wzrokiem po raz kolejny. Zauważył, że niczym się nie różnił od tego we śnie, poza tym, że panował tu niezły bałagan, a na białej ścianie, w miejscu gdzie powinien znajdować się rozbryźnięty mózg znajdowało się rozbryźnięte spaghetti a na podłodze, pomijając puszki i butelki po piwie leżał rozwalony talerz.
- Która jest? – Krzysiu odchrząknął i spojrzał na Staszka. Ten spojrzał na zegarek.
- Szesnasta pięćdziesiąt dwie.
- A o której przychodzą?
- O siódmej.
- Kurwa, to trzeba ten burdel jakoś uprzątnąć. Gdzie Kazik i Luj? Wstali już?
- Luja właśnie budziłem, ale nie wiem czy wstanie przez najbliższą godzinę, kutas jeden.
- Pierdol się zjebie! – rozległo się wołanie zza otwartych drzwi – Prysznic jest mój! No i możnaby jakieś śniadanko pierdolnąć zanim sprzątać zaczniemy. Reflektujesz któryś na zapiekanki za… pół godziny?
- Czy ciebie nie pojebało? – odkrzyknął Krzysiu – Za dwie godziny mamy gości, a tego burdelu na pewno nie zdążymy posprzątać jak se jeszcze zapiekaneczki jebane będziesz robił!
- W dupie to mam. Głodny jestem i nie sprzątam dopóki się nie umyję i nie zjem. A ty zamiast pierdolić byś wstał i poszedł obudzić Kazika!
- Boże, Luj jak cię… – przerwał mu trzask drzwi do łazienki – Zapierdolę kiedyś tego kutasa!
- Spoko, ogarnij tu trochę a ja pójdę zobaczyć czy Kazik wstał. Chociaż te wasze wrzaski raczej na pewno go obudziły.

W korytarzu panował półmrok, chociaż nie było widać żadnego wyraźnego źródła światła. Śmierdziało rzygowinami. Korytarzem biegł, dość dobrze zbudowany jegomość, ubrany jedynie w szare majtki. Włosy miał jasne, a jego fryzura przypominała swoją konstrukcją początki świata według greckiej mitologii, tj. jeden, wielki chaos. Widać było iż nie marnotrawił pieniędzy, ni czasu na wizyty u fryzjera. W jego niebieskich oczach malował się strach. Zatrzymał się na chwilę by złapać oddech. Sapnął głośno. Za plecami usłyszał okropny ryk. Nie odwracając się nawet rzucił się do dalszej ucieczki. Słyszał jak coś, co go goniło zaczęło wołać za nim.
- Zzarazzz… cię… ro… zzzzjebie! – zasyczało coś za nim – Mój! Mój!
Od tego głosu ciarki przechodziły mu po plecach, więc wolał nie wiedzieć, jak wygląda to coś, które właśnie go ściga. Usłyszał mrożący krew w żyłach śmiech.
- Śśśśniadanko! – usłyszał nieprzyjemny syk – Zzzrobię… zzzz twoich… nerek… zzzzapiekanki!
Przyspieszył. Korytarz zaczął wydłużać się w jego oczach. Skręcił więc w pierwsze drzwi po prawej. Serce podchodziło mu do gardła. Zamknął drzwi za sobą i oparł się o nie plecami. Pomieszczenie było bardzo małe, oprócz tych przez które doń wbiegł znajdowały się tam trzy drzwi. Szybko zdał sobie sprawę, że opieranie się o nie nic nie da, gdyż otwierają się do zewnątrz. Spanikowany spojrzał w prawo, potem w lewo. W końcu postanowił że schowa się za drzwiami naprzeciwko. W jeszcze ciaśniejszym pomieszczeniu było całkowicie ciemno. Usiadł więc na zimnej podłodze i zaczął szeptać do siebie.
- To się nie dzieje… tego tu nie ma… to tylko zły sen…
- Zzzapiekaneczki! Głodny! Zzzzjem… Zzzzjem… Kazzika!
Usłyszał jak otwierają się ze zgrzytem jedne z drzwi. Usłyszał jakiś niezrozumiały bełkot zza ściany. Coś powoli przekroczyło próg i weszło do jednego z pomieszczeń obok. Drzwi trzasnęły. Odczekał parę minut w ciszy, po czym odetchnął z ulgą.
- Gdzzie on możżże być? – usłyszał nagle za drzwiami, które w momencie otworzyły się wpuszczając do pomieszczenia trochę światła – Kaziiik!
Kazik spojrzał w górę. Nie przypuszczał, że coś co napędziło mu tyle stracha może tak nieszkodliwie wyglądać. Nie przypuszczał, że może mieć tak obfite bokobrody, gęste brwi i orli nos. Mimo to krzyknął z przerażenia.
- Kurwaaaaa!

- Kazik, czego drzesz mordę?! Uspokój się człowieku!
Kazik przestał krzyczeć. Światło raziło jego przekrwione oczy. Zdał sobie sprawę, że jest cały spocony i siedzi skulony opierając się o ścianę. Zdał sobie również po chwili sprawę, że siedzi w mniejszej toalecie mieszkania, które dzieli z trzema kumplami z Polski. Oraz, że opiera się lewym łokciem o pokryty wymiocinami dekiel muszli klozetowej.
- Ja pierdolę Staszek, ale miałem koszmar…
- No raczej, ty nie rób takich jaj człowieku, myślałem, że po rzyganiu poszedłeś spać do siebie.
- Rzygałem? – uniósł brwi w zdumieniu.
Staszek bez słowa wskazał zanieczyszczoną zawartością żołądka Kazika muszlę. Kazik pomyślał chwilę, przeanalizował całą sytuację po czym wstał, umył łokieć w umywalce i spojrzał w lustro. A było na co popatrzeć. Wyglądał jak zombie, był cały blady, a włosy miał pogrążone w artystycznym nieładzie.
- No dobra, może rzygałem. Która godzina?
- Szesnasta pięćdziesiąt siedem.
- Cholera jasna… A za dwie godziny przychodzą ludzie? – Staszek pokiwał głową. Obaj usłyszeli jak drzwi do łazienki obok się otwierają. Nad ramieniem Staszka wyrosła nagle głowa Luja. Tez nie wyglądał zbyt świeżo, ale na widok Kazika zaczął się śmiać śmiechem godnym psychopaty bądź szaleńca.
- I czego kurwa lejesz Luju?
- Z ciebie, wyglądasz jak jakiś undead. I widzę, żeś nieźle zpjukał nasz kibelek, panie Nigdy-W-Życiu-Nie-Rzygałem-Po-Alkoholu!
- Zejdź mi z oczu bo ci wpierdolę…
- Yyjasne – Luj rzucił jeszcze jednym złośliwym uśmiechem, po czym ponownie wszedł do łazienki i zamknął drzwi.
- Kiedyś tego ciula zajebię. Nie mów mi, że on prysznic będzie teraz brał!
- Będzie – odparł Staszek – Więc może lepiej powoli zacząć sprzątać, bo Luj, kutas jeszcze sobie zapiekaneczki będzie robił jak wyjdzie.
Kazik westchnął ciężko. Naprawdę ciężko.

Zabijcie mnie, prosze, kurwa!! To juz 20 lat! Ja PIERDOLEEEEEeeeee!!!
A siedze tu w dzien po moich urodzinach w koncu na necie. Jeszcze odrobine bezwladu mojego organizmu odczuwam… Biedny taki, caly sie telepie w delirium. Wczoraj mimo nadchodzacej wielkimi krokami sesji po raz kolejny sie sprulem jak nie wiem co… a w sumie nie powinienem. :P Ale chuj, sesje sie zda, do Bielska sie wroci i zacznie sie na nowo chlac tak jak i tutaj przez caly czas :P Przyszykowalem juz w wolnym czasie opowiadanko, ktore w kawalkach planuje tu niedlugo zamiescic, dla lepszego zorganizowania i usystematyzowania wiedzy o tym jak wyglada Erasmus w Hiszpanii i co sie tu dzieje z nami…
Wracajac w sumie do spraw bierzacych, to dzieki wszystkim za zyczenia urodzinowe, jak wroce to planuje jakas imprezke zrobic, albo przynajmniej calonocny rajd po barach wieelgachna ekipa :D
A no i w ogole, kurwa… w koncu mialem urodziny, wiec moze jakis urodzinowy speech jebne? :D

Otoz, chcialbym podziekowac wszystkim, ktorzy przyczynili sie do mojego ukonczenia 20 roku zycia, tj. mamie, tacie, bratu, kuzynowi, psu(w sumie to po chuj to pisze, mamusia i tatus raczej nie czytuja za czesto mojego bloga :D), etc, etc, etc…
Chcialem tez dodac, ze czuje sie kurewnie stary… To juz 20 lat… Nie jestem juz nastolatkiem, a i czuje, ze moj koniec sie zbliza. Jak sobie wyobraze siebie zdychajacego za 10-50 lat(takie wlasnie co do daty swojej smierci mam rokowania :]) to mi sie slabo robi… A i pomyslec, ze niedlugo juz zostalo studiow, wiec zabawa sie powoli konczy…

Kurwa, jestem jeszcze troche jednak najebany wiec skoncze pierdolic glupoty :D Niedlugo cos dopisze, bawcie sie dobrze ludzie, kochajcie sie, rispektujcie, zyjcie w harmonii po wsze czasy, rozmnazajcie sie i byccie se szczesliwi! :*

I tak oto wrocilem w znienawidzone przeze mnie miejsce, do pierdolonej w dupe rznietej Hiszpanii do zasranego, gorskiego i dosc gownianego miasteczka León.
Swieta i Sylwester byly calkiem przyzwoite, nie bylbym soba jakbym sie nie pochwalil, ze dostalem zajebisty telefonik, po ktorym tu mi naprawde chuj, gdyz ma simlocka i nie moge mu zapodac zajebanej karty z ameny ktorej to uzywam do wewnatrzhiszpanskiej komunikacji. Za to ma aparacik, ktory z pewnoscia sie przyda, a po nocach wykorzystuje bezmyslnie baterie grajac na nim w tenisa(na telefonie, kurwa, nie na aparacie).
Sam Sylwester jest chyba jedna z nielicznych rzeczy ktore warto by opisac jeszcze sprzed powrotu. Byl jeszcze spedalony wypad do Poza, z ktorego mamy zdjatka, ale to wolalbym pozostawic do opowiadania na zywo, gdyz na blogu nie mozna oddac wszystkich emocji z tym zwiazanych :D
A wspomniany juz Sylwester nawet trza przyznac, jak najbardziej wypalil. Pomijajac fakt, ze mialo przyjsc od Bulkowskiego jeszcze z 10 osob, ktore przyszly na umowione miejsce spotkania i czekaly z nami ze 20 minut jedynie po to, by powiedziec, ze nie ida bo maja cos lepszego. Ogolnie na sylwestrze bylo nas 11 osob, w tym Magda z Universidad de León, ktora wkurwila mnie niemilosiernie rozpierdalajac mi stol i ogolnie robiac swoja osoba duzo syfu, ktory jej kolezanka, Ula, na szczescie szybko sprzatala.
Krecilismy pare durnawych filmikow, pilismy na umor, palilismy do wyschniecia grzyba i… coz… pominmy juz wrazenia z Sylwestra i przejdzmy do spraw bierzacych.
Otoz zrobilo sie dosc przejebanie, gdyz mamy w tym miesiacu do napisania 2 essaye, jeden z Shakespeara i jeden z Detective fiction. Ponadto, koncem miesiaca mamy egzamin z Shakespeara, ktory moglby niezle dac w dupe komus kto chce nadrobic zaleglosci(czyli niestety… mnie). Dzis imprezka w Molly Mallone´s, mam nadzieje, ze cos sie tam wydarzy ciekawego, ze juz wszyscy do tego zasranego miasta wrocili. Ciezka, naprawde ciezka bedzie to przeprawa.
A i musze sie pochwalic, ze wczoraj skonczylem czytac tak z dawna oczekiwana przeze mnie Lux Perpetue Sapka, ktorej musze oddac hold i przyznac wszem i wobec, iz ksiazka promieniuje wrecz zajebistoscia. Zawsze bedziesz dla mnie ASem Andrzeju :]
W sumie to tyle, napisalbym cos jeszcze, bo cholernie mnie gryzie i rozpierdala od srodka wena tworcza, ale postanowilem skoncentrowac moja cala energie na nauce hiszpanskiego, ktora podjalem przedwczoraj. Mam nadzieje, ze ostatnie miesiace tu spedzone beda tak zajebiste jak niektore dni dawne, tu spedzone. Wszystko misiaczki, spadam na jaki obiadek, kto wie, moze na petko? :P Pa, buziaki od Pieknego dla wszystkich :D:*:*:*:*

Chociaz tak naprawde gleboko w dupie mam Real Madryt i FC Porto, gdyz o footballu wiem tyle co gowno i na tym poziomie chce to utrzymac, to do obu tych miast mnie sciagnelo ostatnimi czasy w jednotygodniowych interwalach. Pierwszy Madryt, tydzien pozniej Porto(z Vigo przy okazji ale o tym za chwile).

MADRYT

Wycieczka w to miejsce zapowiadala sie calkiem nienajgorzej. Mialem nadzieje na cos ciekawego po bardziej nawet niz udanej wycieczce do Burgosu. Zaczelo sie niepozornie, zreszta tak jak w Burgosie, od zwiedzania zasranych zabytkow(ktore nawiasem mowiac mam tak samo gleboko w dupie jak sam Real Madryt). Oblezlismy troche miasta, obadalismy jakies muzeum pelne gowniano wygladajacych obrazow o tematyce przesyconej wrecz religia chrzescijanska, ktora mam tak samo gleboko w dupie jak zwiedzanie zabytkow i Real Madryt. Ogolnie rzecz biorac to to muzeum bylo taka duza sterta bochomazow(bohomazow? Jeden chuj, zapominam tu juz jezyka polskiego, wiec jak komus do tepego lba przyjdzie sie przypierdolic to mu dupe rozkurwie na miliardy inteligentnych mikroskladnikow) ktore w gruncie rzeczy wszystkie mialy na sobie nabazgrane to samo. Polazilismy troche, poogladalismy zasrane budynki, ktore naprawde niczym fascynujacym dla mnie nie byly(ale jak to wyszlo w czasie rozmowy z Gilem dobry bajer na laski, podchodzisz do panny i mowisz z madra mina: „bylem w Madrycie” a panna od razu: „ooo, Madryt, zawsze chcialam sciagnac galeczke komus kto byl w Madrycie!”)[czy ja sie robie zboczony?]
I tak sobie caly dzien zszedl, wkurwialem sie zas niebotycznie na ta Hiszpanie i jej pierdolona sjeste przez ktora nie mozna nawet jebanych fajek kupic(KURWA JEJ JEBANA MAC, KTO TO WIDZIAL, ZEBY O GODZINIE 3 PO POLUDNIU NIE MOZNA BYLO KUPIC JEBANYCH FAJEK I ZAPALNICZKI W SRODKU TYGODNIA!?!?!??!) Ale do rzeczy. Panowie Gil i Dubiel zmyli sie z pola bitwy, gdyz do Madrytu pojechali odszukac bank ING(nie istniejacy tam nawiasem mowiac ;]) i znow zostalem sam z Bullem. Przesiedzielismy jeszcze pare nedznych godzin na zabytkach, po czym zaczelismy szukac jakiegos hostelu. Znow trochu czasu zeszlo az w koncu znalezlismy dzielnice w ktorej byl hostel na hostelu i za wygorowana cene udalo nam sie zlapac nocleg w Hostelu R. Rodriguez :D Na pamiatke nawet mam wizytowke ;)
Wyszlismy na miasto. Anglikow i Amerykancow bylo slychac doslownie co pol godziny i to wszedzie. Tlumy ludzi byly masakryczne wrecz. A my w trase i wedrujemy. Szukamy miejsca, knajpy jakiej, baru czy czegos podobnego co nie jest ani dichem, anie technoklubem ani barem dla pedalow ktorych minelismy ze 20, ogladajac przy tym pare razy jak jacys goscie sie caluja na ulicy(SICK! ;P). Na prozno. Minelismy zbiorowisko brudow hiszpanskich w arafatkach wokol szyi(zeby nie bylo, to wszyscy mieli arafatki a bylo ich tam ladnych pare setek. Co prawda na arabusow nie wygladali, ale co tam) i w glanach, poubieranych w kolorach od brudnej zieleni do brudnej szarosci pijacych winiaki na ulicy. W koncu zatrzymalismy sie w gorze ulicy gdzie juz sie konczyli. Tam podbilismy po petku do jakichs panien gdzie tu sa jakies knajpy, a one najpierw nas wysmialy(pewnie spalone byly :P) a potem poslaly w dol ulicy pelnej dziwek(gdzie nawiasem mowiac spotkalismy Morfeusza :D) Trochu z dupy bylo, znalezlismy jedna knajpke, posiedzielismy, Bull na piwku, ja na Bloody Mary i ztlenilismy sie dosc szybko, bo dretwo bylo. Ah! Na smierc zapomnialem, ze impreze zaczelismy juz w hostelu pijac po winiaku(strasznie chujowej jakosci, dobrego hiszpanskiego jeszcze nie pilem). Wrocilismy wiec do tego hostelu, szybki prysznic i do wyra. To byl naprawde z dupy wyjazd. Powrocilem do domu i postanowilem, ze pozbede sie troche gowna(ktorego nawiasem mowiac glebiej w dupie od Realu Madryt, Architektury miasta i zwiedzania nie mialem).

Pozniej na zajeciach z Shakespeara dowiedzielismy sie od goscia, ze trafilismy w najbardziej zjebana dzielnice Madrytu; Puerta del Sol – „full of… marginal groups, to be politically correct”.

PORTUGALIA(PORTO)

Nastepnego tygodnia za to, postanowilismy wybrac sie do Portugalii z Gisella, Portugalka z Erasmusa ktora wraca do domu co 2, 3 tygodnie, a, ze akurat byl dlugi weekend tosmy sie zabrali. Portugalia byla o niebo lepsza. Po pierwsze, droga przez Hiszpanie wyglada tak: Miasto-pustynia-pustynia-pustynia-pustynia-wiocha-miasto. A Portugalia? Gory, lasy, skaly, piekne krajobrazy. Po drugie, w Hiszpanii jest cholernie ciezko dogadac sie po angielsku z kimkolwiek. A w Portugalii? Jedna osoba na jakies 50 z ktorymi ogolnie gadalismy nie mowila po angielsku, ale uratowal ja fakt, ze podbil do nas w tym momencie jakis gosciu i wytlumaczyl nam in english to co chcielismy. Spedzilismy w Porto(z 2dniowa przerwa w Vigo u ciotek Sabiny, Magdy i Kapaly) 6 dni. I mimo nieprzyjemnosci(winiak rozwalil mi sie w plecaku, zrobilem sobie odcisk wielkosci Alaski i przeszlismy z buta cale miasto 4x wieksze od Bielska) Portugalia jakos mnie bardziej urzekla od Madrytu. Zreszta byl tez ocean. W Vigo troche popluskalismy z Bullem i poznalismy vigowskich Erasmusow, w tym paru gosci z Bialegostoku. Popilismy w plenerze Martini czerowne i pobouncowalismy w okolicznych lokalach.

Transport natomiast w Portugalii kosztowal nas okolo 2 euro na leb(na metro, z czego i tak pol biletu mam jeszcze wazne :D) bo jak jechalismy do Vigo trafilismy na 150lecie kolei, dzieki czemu przewoz pociagiem przez cala Portugalie byl darmowy. Przed samym powrotem do Porto siedzielismy jeszcze z Bullem w Vigo na dworcu i gralismy w Metal Sluga 1 i 2 na jego laptopie podlaczonym do gniazdka znajdujacego sie za kwiotkami rosnacymi pod sciana.

Potem Gisella obwiozla nas po calym Porto swoim wozem i pokazala co trzeba. Wspielismy sie na najwyzsza wieze w Portugalii i obejzelismy panorame na miasto. Gdybym mial uzyc slowa cool ktos musialby mi jebnac w pysk za niewystarczajacy impact(ktorego nawiasem mowiac potrzeba tak z 100x wiecej niz to slowo oddaje) tegoz okreslenia w stosunku do danej sytuacji. Powiedzialbym, ze bylo pretty fuckin´ cool. :D

Pozniej jakas imprezka Halloweenowa z Portugalczykami, dosc dretwa, ale przynajmniej bylo jakies zarcie i ciekawy filmik jak uczymy Portugalczykow polskich przeklenstw(po przejechaniu dlugiej listy Gisella powiedziala: „I can say… kurwa” gdyz tyle wlasnie z tego wyciagnela :D)
Pozniej kolejna noc w hostelu, a ktoras z poprzednich mielismy ze znizka dla pedalow, bo Bull zamowil nam pokoj malzenski w hotelu jednogwiazdkowym. Kiedy wyszedl na zewnatrz spytac mnie o moje zdanie a propos ceny, wyskoczyl jakis gosciu i spuscil nam 10 euro z ceny pokoju ;]

No i w sumie tyle wesolosci, po Portugalii bylo co wspominac, a Madryt? Trzyma poziom wszystkich stolic, znaczy jest zatloczony, brudny, smierdzacy, pelny „marginal groups” i ogolnie chujowy.

Tyle. Piekny przemowil. Pozdro dla calego Bielska-Bialej i nie tylko od wujkow z Leónu :* good fight, good night :D

Dosc juz psioczenia na Hiszpanie. Jestesmy na etapie psioczenia na Leon. A to spowodowane zostalo wczorajsza wycieczka do Burgosu. Ale wszystko po kolei. Tak naprawde wszystko zaczelo sie dzien wczesniej. Bylismy po krotkim wyjsciu na miasto(ja jedno piwko, Bull nic) i postanowilismy wracac przed wycieczka do tego calego Burgosu o 10 rano. Wrocilim wiec na haus, tam szybko postanowilismy isc spac. Ja wyjatkowo jeblem sie do wyrka o w pol do pierwszej(jak na tutejsze standardy to KUREWSKO wczesnie). Pod nami w tym momencie zaczynala sie imprezka. I to z chwili na chwile coraz glosniejsza. Ja spuscilem wiec rolete na balkon, zeby mi nie przeszkadzali i przez poltorej godziny lezalem w spiworze probujac zasnac. W okolicach trzeciej obudzily mnie glosy u drzwi. Matki staly pod drzwiami i rozmawialy z jakimis Francuzami spod nas ktorzy to wlasnie impreze te organizowali. Mnie to wkurwilo tak, ze mialem ochote wstac i ich wypierdolic za drzwi, kiedy nagle weszli do srodka i zaczeli dosyc glosno gadac. Nie wiem czemu, zrobilo mi sie troche weselej, pomijajac fakt, ze leb mnie napierdalal jak sam skurwysyn z braku snu. Pozniej wbila sie policja, ale to zupelnie inna historia na inny dzien. W koncu poszlismy spac kolo w pol do 5 rano. O 8 trza bylo wstac, tak tez zrobilismy. Szybkie sniadanko, potem wypad na dworzec. Na dworcu Bull probuje wyburzac po hiszpansku w kasie i okazuje sie, ze do Burgosu wszystkie miejsca zajete. Po wysepieniu ognia od jakiejs babki i po spaleniu petka przed dworcem Bull podszedl do tego ponownie, tym razem z lepszym skutkiem i udalo mu sie kupic bilet na godzine pozniej. Wg hiszpanskiego zwyczaju wszyscy i wszysto musi sie kurwa niebotycznie spozniac, wiec, gdy usiedlismy na laweczce w miejscu z ktorego mial odjechac autobus po pol godziny okazalo sie, ze autobus spoznia sie pol godziny :P
Ale dosc o pierdolach, wyjazd zaczal sie ogolnie rzecz biorac niemilo. Dojechalismy. Burgos – wiocha mniejsza od Leonu, jednak chociaz katedre ma ladniejsza i wieksza. Pozwiedzalismy glupoty przez caly dzien, kupilismy sobie w Eroskich winiaki za 50 eurocentow i obalilismy je na kolacje na kamiennej lawie w gorach troche za miastem. Wracajac zahaczylismy o roze kierunkow ktora byla w okolicy, z ladnym widokiem na miasto i poznalismy pewna smieszna parke. Najpierw wzieli nas za Francuzow(takiej obelgi nie zdzierze), ale pozniej okazali sie calkiem sympatycznymi ludzmi z jako taka znajomoscia jezyka angielskiego(co tu jest kurewnie rzadzkie). Zabrali nas autem do miasta, zaprowadzili nas pod knajpe, polecili pare innych knajp i powiedzieli gdzie przystanek autobusowy(bo na takowym nie wysiadalismy). Pozegnalismy sie ladnie, potem patrzymy w knajpe gdzie mielismy zaraz pojsc i bez slowa wchodzimy rozochoceni. Knajpa w klimatach rasta, barman byl czarny i mial dredy :D jak sie pozniej okazalo i on mowil po angielsku i to calkiem zajebiscie jak na Hiszpanie :P
Powiedzialem „Dos cervezas por favor” po czym dodalem „grande!” (grande czyli duze w Leonie odnosi sie do 0,5l), a gosciu wyciaga litrowe kufelki i pyta nas po angielsku ktore piwo chcemy :D poprosilem, zeby nam poradzil i to poradzone wzielismy. Prawie jak happy hour w Bazylu i prawie jak Zywiec ;P
Potem rasta spytal sie mnie czy lubimy ziolo(do you like weed? :D), ja na to, ze tak, podszedl wiec gdzies tam za barem do blatu, wyjal bletke(myslelismy z Bullem, ze jointa zaraz zwinie i se we trojke spalimy) sypnal ziolkiem, po czym – UWAGA!- zwinal w kuleczke i dal mi do reki, mowiac, zebysmy se to spalili, bo jest z jego domowej hodowli :D Ja pierdole! Rzucil nam facet ladnym giecikiem o anielskim aromacie, wiec co? Palimy, natychmiast! :D Zmontowalem jointa z fajki bez polowy filtra i spalilismy go we dwoch :D dodajac do winiakow ktore walnelismy dalo nam to niezlego humorka :) poza tym jeszcze bylismy w trakcie tych browarkow ;) kiedy swojego konczylem bylem „w stanie problemow ze wstaniem” :D Postanowilismy, ze kupimy taki jeden kufelek dla Damiana do jego kolekcji, wiec pytamy sie goscia czy nam go odsprzeda. Facet na to, kupiliscie piwo to se je wezcie, zczajcie w plecaku czy cos :P Jaki gosc w ogole ;P Jak Bull podniecony powiedzial, ze pierwszy raz w zyciu ktos dal mu jointy facet na to „i´m rasta, man” :D zrobilismy z nim pare fotek, po czym spytalismy go gdzie mozna znalezc jakies buenas chicas. Gosciu dal nam wskazowki i jeszcze powiedzial, ze musimy czegos sprobowac zanim pojdziemy. Zaprosil nas do baru i wyciagnal jakas 50% ganjowa vode ktorej po kielonie nam nalal :D A my, spruci juz przyzwoicie obalilismy, pozegnalismy sie i podziekowalismy za wszystko, po czym wyszlismy. Wg wskazowek rasta szlismy przez jakies 10 minut. Po czym znalezlismy sie na srodku jebanego placu otoczonego knajpami ze wszystkich stron. Lachony lazily po prostu stadami z jednej strony w druga. Mozna bylo doslownie caly dzien chodzic z twardym, albo przynajmniej cala noc i nie przesadzam tutaj :D Zrolowalem kolejnego jointa na laweczce na srodku placu i spalilismy go z Bullem, jakis gosciu nas bletkami poczestowal. Spaleni jak swinie, jeszcze troche najebani siedzielismy na srodku podziwiajac widoki. Bull nie chcial przebijac do zadnych lachonow caly czas po angielsku mowiac do mnie, ze jak troche wytrzezwieje :P
A ja siedzialem na zasranej laweczce nudzac sie jak chuj. Podeszli jacys goscie, usiedli kolo nas i zaczeli szprechac po hiszpansku. Podburzylem wiec z moim slynnym „do you speak english?” i gosciu powiedzial „a little bit”, wiec pytam gdzie by polecil isc. Facet mowi tutaj jest dichowato, wskazal palcem w prawo „tu ciezko” wskazal palcem bardziej w prawo „a tu normalnie”. Wiec wstajemy idziemy w prawo(dzie niby ciezko :D) i skrecamy w przeciwna strone niz pokazal ze jest normalnie. Zatrzymujemy sie jak kanjpy zaczely sie konczyc i patrzymy, siedzi grupa metali(a to w Hiszpanii niespotykane, same punki w arafatkach laza :P) Wiec podburzam znowu moim cudownym „do you speak english” i zostaja mi wskazane dwie panny ktore mowia. Od razu do tej ladniejszej wyskakuje gdzie by mi polecila isc.
„what music do you listen?”
bez zastanowienia „metal”
wszystkie panny chorem „aa meetaaal! Come with us!”
Wiec poszlismy, najpierw zaprowadzily nas do jakies hiszpansko-rockowej knajpy, nie takiej calkiem do dupy, ale tez nie specjalnie rewelacyjnej. Tam walnalem Heinekena i zaczalem wypytywac panne o rozne pierdoly. Gdy padlo z mojej strony pytanie „czego sluchasz” in inglisz ov kors odpowiedz byla bardzo wrecz przyjemna, nasluchalem sie metalowych zespolow o ktorych slyszalem :P Jednakze na pytanie czy lubi Slayera odpowiedz byla tak satysfakcjonujaca jak sprzedanie komus buta prosto w ryj :D Potem powiedzialy, ze idziemy dalej, ze tam leci prawdziwy anglojezyczny metal. Bez zastanowienia dopilem pol browara jednym haustem(czyli 0,15l :D) i wyburzylismy. Pytam sie panny co tam leci, ona Iron Maiden, Manowar, Metallica, Slayer and so on and so on. Wchodzimy. Pierdolnelo nas glosnym dzwiekiem i Hallowed be thy name Irona Majdanka. W srodku – co tu duzo gadac – metalowo :D Tam w sumie spedzilismy troche milych chwil, Bull zamowil Seasons in the abyss Slayera i prawie dostalem tam orgazmu. Pozniej spedzilismy czas do rana na laweczce przy dworcu busowym, ale ze nam kasy nie otwarli(bo niedziela byla) to spierdolilismy na pociag. Kolejna godzina czekania, ale chuj. W koncu zjebalo nam humor dopiero jak zobaczylismy na dworcach tabliczke z napisem Leon. Brrrrrrrr…

P.S. Tesknie za Monika :D
Ogolnie to w sumie tesknie za domem, ale tesknie tez za: Mamusia, tatusiem, braciszkiem, kuzynkiem, Cataphorcia(sorry bejbe, rodzina pierwsza :D), Damianem, Era(moja suka ;]), Bazylem(moim barem ;(), Poza Swiatem, ZYWCEM!!! i Warka STRONG :P bye :D

Hiszpania

9 komentarzy

Pierwsze dni w Hiszpanii juz spedzone, pierwsza impreza zaliczona, pierwsze zasniecie w knajpie zaliczone i po doglebnej analizie sytuacji dojsc mozna do kilku wnioskow: a)ATH zrobilo nam najwiekszy kawal w historii komedii. Otoz wiekszosc przedmiotow jest po hiszpansku(NA FILOLOGII ANGIELSKIEJ?!?) i na drugim roku przerabiaja gowno ktore my zrobilismy w pierwszym semestrze pierwszego :P Po angielsku nie dogadasz sie prawie nigdzie, ale net przynajmniej mamy za darmo jak se do uczelni podejdziemy. b) wdeplismy w niezle gowno, powiem wiecej, brodzimy w gownie po szyje, a utopic sie w gownie do przyjemnej smierci raczej nie zaliczam wiec trza walczyc.
Najwiekszym rozczarowaniem byly Hiszpanki.”bedziesz chodzil caly czas z twardym¨ mowili koledzy „Hiszpanki to najzajebistsze dupy” dodawali. Teraz co ja sadze: „Hiszpanki swoimi gabarytami(a przynajmniej ich 90%) przypominaja mamuty, a swoimi ryjami zjebow z „Drogi bez powrotu”. Za to panny z Socratesa i ogolnie te przyjezdne sa calkiem przystepne. Ponoc jakis Francuz przed moim przyjazdem rozmawial z chlopakami, a z rozmowy wyniklo, ze wg niego Polska jest krajem komunistycznym. Powiem tak: jesli idzie o edukacje, to Polska niezaleznie od tego co sie gada ma kurwa najlepsza. Ja przynajmniej nie zyje w przekonaniu, ze we Wloszech rzadzi Musolini.
Mieszkanko za to mamy fajne, trzy sypialnie zajete przez mych kamratow a ja sobie sypialnie urzadzilem w living roomie. Jest balkon, kuchnia, pralka, 2 kible, wanna a nawet bidet. Ceny wcale nie sa takie odstraszajace jak sie slucha naokolo, chociaz hiszpankie piwo musialo wlozyc naprawde duza kupe kasy w to, zeby ktokolwiek w ogole nazwal je piwem. Na dzien dzisiejszy wiem, ze bede tu pil tylko Heinekeny, bo to w miare sensownie kopie i smakuje. A i zawsze jest Ballantines. Jak jest z ziolkiem i czyms ciekawszym nie wiem, jeszcze nie mialem okazji spytac, ale slyszalem, ze Hiszpanie lubia przyjarac :D
Klawiatury w tych kompach tu sa mega zjebane. Wszystko jest poukladane inaczej, maja te zajebiste ¿¡ znaczki do gory nogami ;D ale jakos wytrzymuje.
W sumie to tyle z relacji ze slonecznego Leonu w Hiszpanii, najwiekszym zadupiu po tej stronie Europy. Kocham was wszystkich, tesknie za jebanym Bielskiem itp, itp, etc.


  • RSS