Rozdzial 8: A long long time ago in a Bielsko far far away.

Wieczor byl wyjatkowo szary. Popoludnie zreszta tez, ale mimo to przy gorszym oswietleniu szarosc jakos bardziej dawala sie we znaki. Rypkowki byl caly pokiereszowany, kazdy miesien jego ciala sprawial mu bol, ktory normalnego czlowieka juz dawno doprowadzilby do ciezkiej kurwicy, psychozy i schizofrenii paranoidalnej z przerzutami na raka prostaty. Na szczescie detektyw Krzysztof Rypkowski byl bionicznym nadczlowiekiem o niebywale szybkim metabolizmie wywolanym dosc dziwna wariacja choroby popromiennej. Nie chodzi tu wcale o Czarnobyl, ktory dziwnym zbiegiem okolicznosci wyjebal w powietrze jakos w okolicach jego przyjscia na swiat, a o zdarzenia sprzed paru godzin, ktore byly powodem ogolnej szarosci miasta Bielska-Bialej i brakiem jakiegokolwiek widocznego zycia na jego ulicach. Rypkowski splunal na ziemie. Z powodu szeroko rozpowszechnionej szarosci trudno bylo mu ocenic czy byla to slina, czy krew, gdyz oba te plyny ustrojowe wygladaly w tym momencie jak przezuta i wypluta kartka szarego papieru. Cholera, nawet psie gowna byly szare i stracily na walorach zapachowych(bynajmniej nie pachnialy ladniej, aczkolwiek wszystko wokol pachnialo teraz jak psie gowno). Licznik Gigera zamontowany na shotgunie Gaussa rocznik ’79 terkotal jak popierdolony. Zupelnie jakby… Krzysiu nie mogl sobie przypomniec co sie wlasciwie przed chwila stalo, ale miejsce, w ktorym sie znajdowal wygladalo jakby polaczyc Hiroszime, Nagasaki i Bielsko, oraz dodac najmilsze elementy z Apokalipsy Sw. Jana. Oczywiscie w czarno-biele, bo cos jakby wyssalo z krajobrazu wszystko, co nie bylo szare. Maly, szary, nietoperz przelecial Rypkowskiemu kolo ucha. Jakis dziwny byl… mial ogon… rogi… oburacz trzymal maly, jakze uroczy trojzab. Chyba sie usmiechal, dlatego Rypkowski mimowolnie odwzajemnil usmiech. Malenka zarowka zapalila sie nad jego glowa. Odwrocil sie i spojrzal w strone Sfery. Jego oczom ukazal sie calkiem sporych rozmiarow krater, w srodku ktorego znajdowala sie szczelina, z ktorej wylatywaly troche juz wieksze nietoperze.
- Czego sie kurwa nacpalem? - powiedzial slabym glosem, po czym stracil przytomnosc i upadl twarza wprost na szary, smierdzacy psim gownem chodnik.

***

W korytarzu robilo sie coraz bardziej szaro. Calkowita ciemnosc mogla nastapic juz dosc niedlugo. Rypkowski zadbal, zeby trzy z czterech generatorow awaryjnych Sfery utracily swa sprawnosc(kilka strzalow z samopowtarzalnego, czterolufowego obrzyna z przelacznikiem na miotacz ognistych czaszek i mini-BFG 5000 rozpierdalajace wszystko i wszystkich wokol w zaledwie ulamku sekundy w zupelnosci wystarczyly by poslac kazdy z nich w niepamiec), a przed paroma minutami odcial doplyw engergii z zewnatrz. Smiesznie sie skladalo, ze akurat zostal mu jeden pocisk w ostatniej lufie i akurat biegl sprintem w strone czwartego z generatorow. Mijajacy go elektrycy, spieszacy na miejsce ktoregos z trzech generatorow nawet nie zwracali na niego uwagi. Pierwszy ktory zobaczyl jego bron i otworzyl usta by cos wykrzynac oberwal ognista czaszka, ktora skutecznie rozniosla zarowno swoja jak i jego czaszke po okolicy tworzac mgielke krwi i deszcz kawalkow miesa i kosci. Lepka czerwona maz wyladowala Krzysiowi na policzku, po czym sciekla po linii szczeki i kapnela z czubka brody. Zdazyl zamknac oko zanim krew prysnela mu na nie zmniejszajac o 36% ewentualne ryzyko zakazenia wirusem HIV. Zanim rozpoczal modly w intencji czystosci tej krwii, musial obryzgac sobie drugi policzek, ucho, otwarte oko i kark. Ten elektryk podszedl duzo blizej niz poprzedni. Kikut jego szyi dymil coraz bardziej, w miare jak resztki skory i wlosow powoli zajmowaly sie zarem i rozsypywaly sie w popiol.
Tymczasem na parkingu pod Sfera zatrzymalo sie kilka samochodow. Pomaranczowy maluch obsadzony paroma lysymi glowami przytwierdzonymi do odresionych torsow zatrzymal sie najblizej tylnego wejscia. Tepe wyrazy twarzy mowily wiele o ich poziomie intelektualnym i aktualnym stanie ducha. Bylo to dwoch, mlodych gentelmanow, obytych bardzo w sztuce przekraczania jezdni nie na pasach, w oddawaniu moczu w miejscu publicznym oraz prawdopodobnie czestych dawcow tak zwanego „wpierdolu”. Z bagaznika wyciagneli jeszcze troche podrygujacy worek, ktory wydawal podobne dzwieki do worka ziemniakow wyciaganego z bagaznika malucha, jednak wprawne oko szybko wypatrzyloby, ze z worka ziemniakow zazwyczaj nie stercza nogi. Dwa pozostale samochody wygladaly na dosc drogie i dosc czarne. Bylo juz dosc ciemno, ale z jakiegos niezidentyfikowanego powodu swiatla wokol Sfery zgasly akurat w momencie otwarcia drzwi jednego z nich. Kilka sylwetek wydobylo sie z wnetrza jednego z tych niezidentyfikowanych cudow motoryzacji i udalo sie w strone wejscia. Jedna z postaci miala prawdopodobnie wysoki obcas(chociaz z dzwieku moznaby tez wnioskowac, ze miala ona po prostu dwie metalowe protezy zamiast nog), a druga miala prawdopodobnie niski obcas i obie swoje oryginalne nogi na swoim miejscu. Postac pstryknela na dwoch lysych, ktorzy grzecznie i potulnie ruszyli przodem niosac we dwoch dziwny worek ziemniakow, z ktorego wystawaly dwie nogi.

Po doszczetnym spopieleniu ostatniego z generatorow awaryjnych Sfery, Krzysztof ruszyl do lazienki, sprac z siebie resztki mozgow swoim magicznym wybielaczem firmy ACME. Niestety, bylo mu bardzo trudno zmyc krew z czola, oczu i nosa z jakze prozaicznej przyczyny. Mianowicie na twarzy jego zaciagniete byly niebieskie gogle noktowizyjne(pamiatka ze spotkania z pewnym wykladowca Akademii Nauk Inzynieryjnych, jednym z nielicznych posiadaczy shotguna Gaussa), ktore skutecznie utrudnialy umycie czegokolwiek pod spodem, a zdjecie ich grozic moglo umyciem sobie przez pomylke dupy zamiast twarzy(z powodu, rzecz jasna wszechogarniajacej ciemnosci). Nie chcac wiec ryzykowac drugiego juz w tym tygodniu mycia dupy, Rypkowski postanowil olac sprawe i zostawic barwy wojenne jeszcze troche dluzej. Ryzyko ewentualnego zarazenia wirusem HIV i tak juz dawno przekroczylo 700% wiec nie bylo sie co niepotrzebnie przejmowac. Najwyzej w domu zapewni sobie przyjemna kapiel w roztworze kwasu siarkowego i uranu z olowianymi babelkami. Jednak teraz nie przyjemnosci mu byly w glowie, a praca. Trzeba sie bylo w koncu dowiedziec co sie stalo z osiedlowym dealerem, a brak jakichkolwiek poszlak i pomyslow na nie sprowadzil go w to dokladnie miejsce, w ktorym Krzysiu sie wlasnie znajdowal. Po trzech sekundach namyslu i podtarciu tylka wstal ze sracza i postanowil cos w koncu zdzialac. Padlo na wciagniecie spodni i zapiecie paska. Okazala sie to byc niezla katorga, dlatego Rypkowski szybko doszedl do wniosku ze rozwiazanie zagadki osiedlowego dealera moze byc juz tylko prostsze. Nie mylil sie bardzo, gdyz toaleta, w ktorej sie znajdowal usytuowana byla nieopodal wejscia do klimatu. Przed wejsciem do niej musial wywiesic na drzwiach napis „out of service,” niestety znajomosc jezyka angielskiego w tym kraju jest tak slaba, ze kilka osob musialo przyplacic to zyciem. Sterta odresionych cial przelewala sie gora przez sciany jednej z kabin. „Moze nie chodzilo o znajomsc angielskiego?” pomyslal Krzys. Spojrzal jeszcze raz na tepe mordy wystajace znad kabiny. „Moze po prostu kwestia najzwyklejszego w swiecie analfabetyzmu i zrazu do literek?” Nie bylo co glupio kombinowac, Rypkowski poczul ze cos waznego zacznie sie dziac w kazdej chwili. Jego szosty zmysl pracowal na najwyzszych obrotach, podczas gdy siodmy dopiero sie rozgrzewal. Przez uchylone drzwi do lazienki zobaczyl kilka postaci przechodzacych przez wejscie dla vipow. Cos tu nie gralo. W momencie otwarcia drzwi, jakies watle swiatlo dobywajace sie zza drzwi ograniczylo znacznie ostrosc widzenia na noktowizorze. Zanim zdazyl go sciagnac zeby choc sprobowac zidentyfikowac postaci, drzwi trzasnely. Ostatnie promienie swiatla ktore dobiegaly zza nich byly krwistoczerwone. Ale skad tu swiatlo? Przeciez nie bylo pradu… Nie czas jednak byl i miejsce na takie trywialne pierdoly, wiec Rypkowski szybko ruszyl w strone wejscia dla vipow. Wymacal klamke po omacku, otworzyl drzwi i spojrzal w dol schodow. „Skad tu kurwa schody?!” pomyslal. Zdazyl katem oka zobaczyc dwoch lysych, niosacych jakis dziwny worek ze sterczacymi nogami. Zajelo mu chwile rozszyfrowanie zagadki sterczacych z worka nog, jednak zanim zdazyl ruszyc w pogon z shotgunem Gaussa rocznik ’79 w rece, uslyszal glosny lomot. Po paru chwilach caly widok obrocil sie o 90 stopni. Zobaczyl pare ciezkich, ochroniarskich glanow zaraz przed oczami. Zanim zdazyl sie odezwac, jeden z butow z gracja godna nosorozca w szpilkach wyladowal gdzies w okolicach splotu slonecznego. Nastapil obrot o kolejne 90 stopni. I kolejne. I kolejne. I jeszcze pare kolejnych, kazde nastepne duzo szybsze. Po okolo 4 obrotach i 20 schodach zorientowal sie, ze wlasnie stacza sie ze schodow. Grawitacja, na szczescie, jest tak cudownym wynalazkiem, ktory predzej czy pozniej doprowadza do kontaktu z dnem kazdej klatki schodowej nawet najtwardszych skurwieli tego swiata. Tak bylo i w tym przypadku. Rypkowski lezal wlasnie na dnie kretej klatki schodowej gdzies pod Sfera w rosnacej kaluzy wlasnej krwi. „Nie ma to jak profesjonalizm” tymi slowy skarcil sie w myslach i odplynal w mrok.