Rozdzial 7: Suma podzielnosci krasnoludkow przez liczby pierwsze oraz najnizsza wspolna wielokrotnosc wszelakich substancji odurzajacych.

 

Krasnoludki w tytule znalazly sie calkiem nie bez powodu. Otoz istnieje tradycja, stara jak swiat, ktora laczy wszystkich uzytkownikow ganji i hashu. Mianowicie co staje sie z drobinkami pozostalymi na lotnisku ktorych do lufy wpychac sie juz nikomu nie chce? Odpowiedz jest bardziej skomplikowana niz sie wydaje i wybiega znacznie poza waskie spektrum znaczeniowe zwrotu „eee tam, zostanie dla krasnoludkow.” Fakt faktem, krasnoludki od wielu, wielu pokolen zerowaly na tym wyrazeniu. Wyobrazcie sobie pewna sytuacje: mianowicie, ktos piecdziesiat razy wiekszy niz wy, bije na rece lufe wielkosci sredniej wielkosci drzewa. Sypia sie topy. A wy stoicie na dole, patrzac na olbrzymi monolit postaci nad soba jeszcze dodatkowo strzepujacy resztki zielonego gradu na haszcze dywanu tudziez wykladziny swego pokoju, zapewniajac tym samym palenia dla kogos tak malego jak wy na naprawde dlugo.

 

Krasnoludki korzystaja z umownosci tego zwrotu dzieki czemu wiekszosc czasu spedzaja na haju. Ponadto sporo tez korzystaja na tytoniu ktory niejednokrotnie razem z pylkiem ganjowym zrzucamy pod siebie. Nieliczni wiedza o ich egzystencji, jednak wiekszosc ludzi uwaza tych nielicznych za jebnietych cpunow. Krasnoludki tworza rozne mikroklimaty i cywilizacje, zaleznie od osoby z ktora zyja. Krasnoludki ‚typowe’(te, ktore nie dostaja dragow od wlascicieli) zazwyczaj siedza cicho i tylko wkurwiaja wlasciciela pokoju na przyklad tlukac srubami po kaloryferze noca, lejac mu do oczu kiedy spi, tak, aby rano obudzil sie jak najbardziej niewyspany, podpierdalaja male, niby nieistotne przedmioty, ktore nigdy tak naprawde nie wiadomo kiedy moglyby sie przydac, czy rozpylaja kurz po pokoju z czystej zlosliwosci. Krasnoludki ‚nietypowe’ maja z kolei w zylach krew akwizytorow i biznesmenow. Wiedza jak sie dobrze ustawic, zakladaja miasta pod wykladzina na ktora sypie sie im ziolo i tylko wychodza na dachy swoich domow zeby zebrac plon. Te krasnoludki sa mniej wredne, nawet i bywaja wdzieczne, czy pomocne. Podrzucaja wlascicielowi pokoju raz za czas rzeczy ktore sam zgubil dawno temu(co oczywiscie ma na celu spowodowanie, by ten z radosci zbil sobie lufe i troche im sypnal, ale coz… myslenie nie jest mocna strona zadnego gatunku krasnoludkow. Tak jak proba zaaplikowania ludzkiej logiki do czegos co mieszka w twoim dywanie i zywi sie okruchami twojego ziola), poluja na pajaki zamieszkale w jego pokoju, czy zbieraja drobne z podlogi i wrzucaja mu je do kieszeni. Tak, bywaja one bardzo zlosliwe albo i bardzo przydatne. Ale dosc juz pierdolenia o krasnoludkach.

 

Rypkowski dalej byl w dupie. Zadnych solidnych poszlak. Zadnych swiadkow. A do tego jeszcze lekki kac, nie dosc ze zwykly, to i moralny, paru podejrzanych i niewyobrazalna chcica. Zeby sie upewnic musial zapuscic sie do zrujnowanej czesci miasta, a tam, jak juz wiadomo bez maczety i Shotguna Gaussa rocznik ’79 lepiej nawet nie marzyc o wchodzeniu. Ale kamuflaz tez nie bylby najgorszym pomyslem, dlatego wlasnie Krzysiu mial w plecaku troche zelu i jeden ze swych awaryjnych pedalskich sweterkow. Szybko wbil sie w jedna z bram przy Barlickiego. Przegladajac sie w szczatkach jednego z rozwalonych okien na podworzu kamienicy szybko zaaplikowal zel w calkiem sporej ilosci i narzucil awaryjny sweterek. Maczete ukryl w uprzezy pod lewa nogawka. Shotgun Gaussa rocznik ’79 wydawal sie nieporeczny, wiec Rypkowski przestawil go na opcje samopowtarzalnego, czterolufowego obrzyna z przelacznikiem na miotacz ognistych czaszek i mini-BFG 5000 rozpierdalajace wszystko i wszystkich wokol w zaledwie ulamku sekundy,* ktorego o wiele latwiej bylo zczaic niz wersje standardowa. Upchnal go jakos w kaburze na prawej nodze i przyslonil poszerzana nogawka swych spodni. Raz jeszcze przejrzal sie w szczatkach okna, wyciagnal lufe i zapalniczke, wzial kilka glebokich wdechow i po raz kolejny przemyslal swoja sytuacje. Musial udac sie do Klimatu, aby rozwiac swoje watpliwosci co do Pieknego. Ten w jego oczach wyladowal w czolowce podejrzanych, ale byl kumplem. To utrudnialo podjecie trzezwej decyzji, wiec Rypkowski musial po prostu zaufac swojemu przeczuciu, ze Piekny nie mial z tym nic wspolnego i pojsc na praktycznie samobojcza misje, szansa na powrot z ktorej byla nizsza niz na przezycie upadku na asfalt wylozony kruszonym szklem z 200 metrow. Musial teraz wejsc w paszcze lwa, outsider posrod „tej klimatycznej” czesci wspanialego Imperium Bielsko-Bialskiego, a tego nie mozna bylo zrobic na trzezwo. Przylozyl lufe do ust i odpalil. Zadnego tytoniu, bo teraz dlugo nie bedzie mogl zapalic nastepnej. Wszystkie komorki jego ciala ogarnela boska moc cudownej zieleni. Krew nasycila sie tetrahydrokannabinolem, wzrok, sluch i wech wyostrzyly sie. Teraz szanse na powrot staly sie znacznie wieksze(mniej wiecej niczym szansa na przezycie upadku na asfalt wylozony kruszonym szklem ze 150 metrow, ale zawsze to cos). Plecak ukryl w krzakach po wyjeciu z niego paru niezbednych rzeczy. Stal teraz przygotowany na wszystko, uzbrojony w maczete, Shotgun Gaussa rocznik ’79 przelaczony na opcje samopowtarzalnego, czterolufowego obrzyna z przelacznikiem na miotacz ognistych czaszek i mini-BFG 5000 rozpierdalajace wszystko i wszystkich wokol w zaledwie ulamku sekundy,* kastet, kieszonkowy noz oraz pas Amunicji Gaussa zczajony pod rozpinanym, pedalskim awaryjnym sweterkiem Rypkowskiego, wewnetrzne kieszenie ktorego wypchane byly iloscia C-4 wystarczajaca by wybic ksiezyc z orbity. Nazelowane wlosy odbijaly ostatnie promienie zachodzacego slonca. Zapowiadala sie naprawde ostra rozpierducha.

 

Wizyta u Pieknego byla jak kazda. Pomijajac oczywiscie fakt, ze jego mieszkanie przypominalo cos czego nie spodziewasz sie ogladac nawet na MTV w jakims tepym programie o domach gwiazd. Ale poza tym wizyta przebiegla standardowo. Przed TV, browarek z lodowki(sam jeden mial ten przywilej, cala reszta musiala browar sobie przyniesc badz kupic[jakby to w moim zdegenerowanym swiecie mialo chocby cien znaczenia]), wywalony na kanapie razem ze slynna Labiryntowa Loza Szydercow. Byly tam najbardziej zapijaczone mordy po tej stronie polkuli polnocnej. Krol Żuli, Marecky, wyglaszal oredzie do bandy(innymi slowy opowiadal jak to sie ostatnio napierdolil i wszystko co sie wtedy dzialo[to co pamietal znaczy]), Krzysiu jednak nie sluchal go ani w chuj. Zajety byl kombinowaniem jak wymigac sie od pojscia do Klimatu. Z gory zszedl po pewnym czasie Piekny, ale w towarzystwie. Dwie, dosc wyzywajaco odziane kobiety calkiem nienajgorszej urody i postury (niby, ze piekne i zgrabne, ale po chuj to pisac w tak prosty sposob?); jedna ubrana dosc formalnie, pozostawiajac spore pole do manewru meskiej wyobrazni, a druga dosc skapo i latexowo, pozostawiajac naprawde niewielkie pole do manewru meskiej wyobrazni. Efekt wzmocniony byl Shotgunem Gaussa rocznik ’98 przewieszonym przez plecy i Desert Eaglem MK XIX w kaburze na biodrze. Piekny szepnal pare slow w ucho jednej z nich(po ubiorze wywnioskowac mozna bylo iz jest jego asystentka, i to taka o jaka trudno nawet w pornosach z najwyzszej polki) po czym podeszla do detektywa kladac na jego ustach pocalunek ktory ozywilby zwloki i zmusil je do wytanczenia kankana mimo doglebnego rozkladu lewej i calkowitego braku prawej nogi.

- Czesc Moniu – rzucil detektyw z trudem, walczac z nachodzaca go checia tanczenia kankana chocby i nawet do usranej smierci(a jak juz wspomnialem pewnie i dluzej). Czul rosnacy w spodniach niepokoj ktory zwalczyl, jakze finezyjnie, udajac iz drapie sie po jajach. Po krotkiej gadce-szmatce ktora zawsze zawiazywala sie miedzy nim a reprezentantkami plci przeciwnej jego spojrzenie powedrowalo w strone drugiej towarzyszki Pieknego, ktory akurat zajety byl opowiadaniem po raz dziewiecsetny tego samego kawalu, ktorego jak sie zdawalo nikt jeszcze nie slyszal badz nie zdazyl zapamietac. Puscil oczko ciemnowlosej dziewczynie odzianej na tyle na ile bylo trzeba by mozna bylo stwierdzic jej zamilowanie do perwersji. Jednak w ramach odpowiedzi doczekal sie jedynie zimnego, beznamietnego spojrzenia ktore az zmrozilo krew w jego zylach i inne plyny ustrojowe w miejscach gdzie to plyny ustrojowe maja w zwyczaju plywac. Poczul szturchniecie w bok i odwrocil sie by zobaczyc krzywa morde Pieknego.

- Moze was poznac?

- Eeeee, czemu nie? – odparl Rypkowski nadal wpatrzony w miejsca gdzie jego wyobraznia nie musiala pracowac za bardzo, choc mimo wszystko pracowala pelna para.

Piekny podszedl do niej, usmiechnal sie glupawo w jej strone co(przynajmniej w mniemaniu Rypkowskiego) spowodowalo jej pierwsza reakcje na jakikolwiek bodziec zewnetrzny, ktora byl bardzo przyjazny usmiech w strone Pieknego.

- Rypkosky – zaczal wzniosle – Poznaj Asixona T-1000.

- Ze jak?

- Poznajcie sie, ona nie gryzie… No, przynajmniej dopoki jej o to ladnie nie poprosze, hehehehe…

Krzysiu wysunal niepewnie reke w strone Asixona T-1000. Poczul chlod jej dloni, a bol po miazdzacym uchwycie dopiero kiedy odzyskal czucie w palcach. Piekny podszedl do niej, zlozyl reke w piesc i zastukal kilkakrotnie w pozornie jedrny i niepozornie polnagi posladek. Dalo sie uslyszec metaliczny stuk troche stlumiony warstwa skory.

- Lity tytan. 20 lat gwarancji. Zywotnosc baterii około 250 lat. Poznajcie sie jeszcze raz. Rypkowski, Asixon T-1000, szefowa ds. ochrony Pieknego. Asixon, Detektyw Krzysztof Rypkowski.


Detektyw Rypkowski znajdowal sie w nienajprzyjemniejszej sytuacji. Wiedzial, ze ludzie z ‚lepszej’ czesci Bielska tutaj atakowani byli bez ostrzezenia, wiec nie mogl ryzykowac. Wiedzial takze, ze ludzie z ‚tej’ czesci Bielska byli rownie zagorzale atakowani w tej ‚lepszej’. Musial wiec wrocic ta sama droga by moc przebrac sie spowrotem. Teraz powoli, spokojnie przemieszczal sie po dalszej czesci Barlickiego. Bacznie obserwowal kazde mijajace go scierwo. Nachodzily go dziwne mysli, na przyklad czy bedac przebranym za scierwo, czlowiek sam staje sie scierwem, albo na jak wielkie scierwo wygladalby po bezpieczniejszej stronie miasta, ale szybko rozwial te mysli. Nie mogl sie dekoncentrowac, bo moglby to przyplacic zyciem. W tym miejscu zdradzilby sie jakakolwiek oznaka myslenia, wiec lepiej bylo nie myslec za duzo. Najbezpieczniej bylo sprowadzic tok myslenia na bardziej prymitywny… tor: „kolejne scierwo mnie mija. I nastepne. O, jeszcze jedno.” Krzysiu wiedzial, ze predzej czy pozniej i tak sie zorientuja, ale musial sie przebrac by jednak nie bylo to predzej. W koncu przypominal mniej wiecej wilka w stadzie owiec zakamuflowanego jedynie welniana czapka, a owce chyba az tak tepe nie sa zeby sie nie polapac. Zatrzymal sie wiec. Kropla potu splynela mu po skroni. Jedno mijajace go wlasnie scierwo zweszylo ten zapach i zatrzymalo sie obok niego.

- Te kurwa, co sie tak krzywo gapisz, he?! – powiedzialo – Ustawka?!

„Kurwa” pomyslal „a szlo tak pieknie”

- No dajesz cwaniaczku – odparl po dokladnie 0.43 sekundy milczenia Rypkowski.

- Lepiej nie cwaniaku… uuuurwaaaa! AAAAA!!! – jego noga wyladowala dymiac po drugiej stronie ulicy – Nie, przepraszam, nie chcialem, nie rob tego ziom, litos…

Przerwal mu drugi wystrzal z Shotguna Gaussa uprzednio przestawionego na czterolufowego obrzyna, z tym, ze ten zamiast urwania zaledwie jednej nogi wyrzadzil znacznie wiecej szkod w jego twarzy i okolicach, gdzie powinien znajdowac sie mozg, a takze w potylicy ktora zdematerializowal doszczetnie. Bezksztaltna masa jaka stanowila teraz jego glowa do reszty rozpackala sie po chodniku gdy nia wen pierdolnal.

- Litosc jest dla slabych… – Rypkowski parsknal – …ziomus.