Rozdzial 5: Srednia oczekwialnosci nieoczekiwania

Matematyka, geometria, geografia powierzchni plaskich, geografia powierzchni nieplaskich, chemia, zarowno organiczna jak i nieorganiczna i wreszcie fizyka. Tyle rzeczy musi brac pod uwage przecietny jaracz ziola podczas zbijania lufy. Wiaze sie z tym kilka malych zasad, swego rodzaju kodeks. Matematyka sluzy do prostych czynnosci – ile wsypac na lufe, ile dodac tyty, ile jeszcze zostalo i na ile luf sie jeszcze to przeliczy. Geometria natomiast, przydatna jest w szacowaniu predkosci jaka zajob pokonac musi od plomienia zapalniczki, poprzez odcinek lufy do ust jaracza. Geografia powierzchi plaskich sluzy do oszacowania zdatnosci tzw ‚lotniska’ do wysypania nan zawartosci swego cudownego woreczka(nie mowie tu o jadrach, zeby se kto podczas zbijania nastepnej lufy jajec nie rozprul przypadkiem). Mozna by tak bez konca, ale Rypkowskiemu nie przeszkadzalo wymienianie tego wszystkiego podczas butowania do centrum, bo to wlasnie w tym momencie robil. Spojrzal raz jeszcze na kawal papieru popisany czarnym, drukowanym, dlugopisowym pismem. Otworzyl kartke raz jeszcze. Na mniej bialym(bo czarnym) tle kartki widnialy mniej czarne(bo biale) i mniej pisane(bo drukowane) napisy, o tresci znacznie szerszej niz na odwrocie.
Zapraszamy na rasistowsko-antysemicko-alkoholizacyjne sobotnie wieczorki poetyckie u Pieknego :D Stroje zwykle. Poncz i ciastka na koszt firmy. Browar wlasny. [ponizej podano adres w centrum miasta]
Ta emota ‚:D’ nie zapowiadala nic dobrego. Rypkowski widzial juz takie na zaproszeniach do Klimatu i ludzie ktorzy tam wchodzili nie wychodzili juz tacy sami. Jakby ktos wyssal im mozgi przez slomke. Ale nie bylo to teraz istotne. Zblizal sie do ZWMu. Chujowosc tego placu po dosc dawnym remoncie siegala poziomem, a nawet wyprzedzala o kilka lat swietlnych odczuwana jedynie przez niektorych wybrancow naszego swiata chujowosc faktu bycia szambonurkiem. Ale musial sie przez niego przedrzec. Przydalaby mu sie deska, bo ZWM po remoncie przypominal takze skatepark, czy jakis inny jebany tor przeszkod. Pomijajac chujowosc, tego, jakze chujowego, placu Krzysiu zwrocil uwage na opustoszalosc okolic Rynku i Wzgorza. Nigdzie nie bylo zywej duszy, chociaz na wyzszych pietrach palily sie swiatla. Wszystkie knajpy, jak Waga, PRL, Grawitacja, Przypadek i inne okoliczne badziestwa popadly w niebyt. Miejsca gdzie sie wczesniej znajdowaly staly teraz puste, straszac przechodniow mroczna otchlania swoich zdradzieckich okien i drzwi. Na scianach, naokolo niektorych drzwi i okien widac bylo slady pozaru. Przy innych okna byly zwyczajnie wytluczone, a drzwi wybutowane z zawiasow i ewidentnie skopane na ziemi, kiedy lezaly bezbronne. Przy jeszcze innych, okna i drzwi byly na swoich miejscach, ale czulo sie swad smierci i palonych mandarynek ulatniajacy sie z wnetrz. Trzy rzeczy nie dawaly mu spokoju w tym momencie. Pierwsza – co do ciezkiej cholery sie tu stalo, przeciez byl tu niedalej jak przedwczoraj? Druga – dlaczego co pare minut przecina mu droge dziwny, okragly toczacy sie z predkoscia wiatru krzaczek rodem z westernu? Oraz trzecia – dlaczego pomimo ewidentnego braku knajp caly czas slyszy wydobywajaca sie skads ciezka, agresywna i dosc szybka muzyke metalowa? Te rzeczy musialy poczekac. Rypkowski chwycil za maczete i wyciagnal ja powoli, tak by nie uszkodzic sobie nowego paska. Popatrzyl raz jeszcze na kartke od Zwoltysha. To ten adres. Spojrzal w gore. Zastanowil sie przez chwile, dlaczego nie zauwazyl dwoch jeszcze wiszacych szyldow knajpianych. Po lewej widnial ‚Bazyliszek Pub’ a po prawej wystajacy nad polowe ulicy „Pod niszczycielskim destroyerem of worlds, rozpierdalatorem of shit and zgniataczem czaszek, Pieknym”.
- Hmm… chyba musze sobie sprawic okulary – powiedzial Rypkowski do siebie.
Faktycznie, przydalyby sie, zwazywszy na fakt, ze ten szyld byl jebaaany. Krzysiu szybko o tym zapomnial i przypomnial sobie proroczy napis Drugi dzwonek od gory. Nieopisany. Popatrzyl na domofon. Na samej gorze widnialo napisane dlugopisem Chiqo. Drugi dzwonek od gory byl nieopisany. Ponizej pisalo Bar. Zadzwonil wiec na drugi dzwonek od gory.
- Kto tam?
- Otwieraj szmato, to ja.
- Rypka? Stary juz otwieram… Kurwa ale cie tu nie bylo…
Bzyczenie zamka. Przyciagniecie drzwi. Mocne, szybkie pchniecie – drzwi otwarte. Po otwarciu muzyka wystrzelila mu prosto w bebenki. Dlugo juz nie sluchal metalu. A to byl Slayer. W korytarzu ustawione byly stoliki. Ludzie siedzacy przy nich nie wygladali jakby muzyka specjalnie im sie podobala, ale tez jakby nie mieli innego wyjscia niz siedziec tu. Tu, albo w Klimacie. Bazyliszek byl teraz polaczony z tym korytarzem szeroko otwartymi drzwiami z czego droga dedukcji i nadinterpretacji Rypkowski wyciagnal, ze musialo dojsc do asymilacji. Ruszyl wzdluz korytarza. Na koncu, na drewnianych drzwiach po prawej widnial wyryty wielkimi literami napis DHC – CMF. Przed nim natomiast zielone, rozklekotane drzwi. Otworzyl je i ruszyl waskim korytarzykiem przed siebie.Muzyka scichla mu za plecami i ustapila innej, wydobywajacej sie z okna na podwroku do ktorego doszedl. Muzyka z okna mogla sie Rypkowskiemu spodobac. Jednak twarz bez wyrazu nie dala tego po nim poznac.

Rozdzial 6: Poczekalnosc oczekiwania podobienstwa i z dawna oczekiwane(tak dla odmiany) spotkanie

Piekny wiedzial jak sie urzadzic. Odziedziczyl mieszkanie od swojej rodziny na spolke z Harasiem i zyli w tu w zgodzie. Otworzyli wspolnie knajpe, ale tylko Piekny sie nia zajmowal, stad nazwa. Haras natomiast razem z Chiqo Mafia Family zajmowal sie ‚ochrona’ i ‚negocjacjami’ z konkurencja. Przez ‚ochrona’ mam na mysli nic innego jak faktyczna ochrona. Przez ‚negocjacjami’… no coz, widzieliscie jak wyglada Rynek, wiec co tu bede dlugo tlumaczyl. Bazyl zostal jedyna knajpa ktora nie wyleciala z biznesu, tylko ze wzgledu na sentyment do piatkowego happy hour. Po dzis dzien, w kazdy piatek spotyka sie tu elita Bielska na tanie piwo w milym nastroju. Jednak sa elity nizsze i wyzsze. Elita wyzsza, najbardziej zaufani klienci i najczestsi bywalcy spotykali sie w dalszej czesci knajpy. Mianowicie w domu Pieknego.

Klimat zrobil mniej wiecej ten sam manewr, wywalajac z biznesu druga polowe miasta. Z niewiadomych powodow ludziom z rodziny Chiqo nie udalo sie ich zastraszyc, wykupic, czy nawet wymordowac. W koncu ich chronili Spartanie. Nic nie wiadomo o mrocznych procederach odbywajacych sie w matni Klimatu, gdyz ludzie wychodzacy stamtad sa niczym zombie. Nazelowane, skapo ubrane kukly nawet juz nie przypominajace ludzi. Dlatego wlasnie ta czesc miasta byla niedostepna. Jedynie beskidzkie dresy zapuszczaly sie tam bez zadnego uszczerbku na inteligencji. Kolejne z miejsc, gdzie lepiej nie pokazywac sie zanim nie uzbroisz sie przynajmniej w maczete i Shotgun Gaussa rocznik ’79.

Detektyw stal przed zielonym budynkiem. Muzyka tlukaca go niczym mlot pneumatyczny po mozgu zrobila sie glosniejsza. Wszedl do budynku po chwili wahania. W drzwiach przywital go z wyciagnietymi ramionami sam wlasciciel.
- Rypkowski szmato ty moja!
- Piekny, moja dziweczko!
Po niepoprawnej politycznie scenie przywitania Rypkowski wszedl do srodka. Zmienilo sie tu nie do poznania. Przestrzen mieszkania jakby sie poszerzyla o przynajmniej jedna sasiednia kamienice. W bylym ogrodku Galerii byl teraz basen i jacuzzi. Przyjemny polmrok dawal poczucie satysfakcji z zycia, a spokojna chilloutowa muzyczka tworzyla idealny wrecz klimacik do palenia. Kominek pod sciana dawal przyjemne ciepelko, a ogien wesolo podskakiwal na drewienku don wrzuconym przez jakiegos jucznego bambusa w stroju kamerdynera.
- Co jest Piekny, moze skoczymy na peto? – rzucil Krzysiu i chwycil za klamke drzwi wejsciowych.
- Spoko, mozesz palic tutaj. Ja nie pale.
- No chodz – dodal wymownym spojrzeniem mowiacym nic innego jak „mamy do pogadania kolego”.
- OK
Po chwili obaj wyszli, przyciagajac podejrzliwe spojrzenia wyzszej elity miasta Bielsko-Biala.
- Co jest Rypkosky?
- Sprawa mnie tu sciaga. Zwoltysh twierdzi, ze mozesz cos wiedziec o niedawnym porwaniu.
- Czekaj, nienawidze zalatwiac takich spraw na trzezwo. Co powiesz na grzybka?
- Sie wie Piekny, sie wie.
Jako zostalo powiedziane, tak i zostalo uczynione. Po 3 szybkie machy i po sprawie.
- Doszly mnie sluchy – powiedzial na bezdechu Piekny – ze urzad nie dal… – wydech – licencji na palenie w miejscu publicznym. Badaj to.
Piekny wyciagnal swoja licencje. Rypkowski przyjrzal sie jej dokladnie i oddal wlascicielowi.
- Jak chcesz idz pogadaj z Harasiem, on to troche przyspieszy, jesli wiesz o czym mowie, hehe.
- Jasne. Wracajac do sprawy…
- Poczekaj – ucial mu Piekny – chodzmy moze lepiej do srodka na jakiegos browara, nawet sie nie przywitales z ekipa smieciu.
- To wazne…
- Poczeka. Savoir-vivre najpierw. Wez sobie browarka i rozgosc sie. Mam pare spraw do zalatwienia u siebie w biurze.
- No dobra.
Weszli spowrotem do srodka, ale zaraz po wejsciu uwage Pieknego przykula inskrypcja na Shotgunie Gaussa rocznik ’79 wiszacym na plecach detektywa.
- Dalej go masz? – zasmial sie tepawo – Ja juz dawno zalatwilem sobie model ’99. Jest niezawodny, musimy kiedys razem postrzelac. A i mysle, ze nawet dzis bedzie okazja. Idz tam do nich, przywitaj sie zanim cie wypatrosza wzrokiem za brak taktu. Zaraz do was dolacze.
Nie dajac Krzysiowi mozliwosci odpowiedzi, Piekny ruszyl na gore. Rypkowski raz jeszcze przelecial cale pomieszczenie wzrokiem(i zeby nie bylo, to tu faktycznie chodzi o to, ze wszystkie atrakcyjne panny Rypkowski tak naprawde przerznal wzdluz i wszerz wzrokiem nie zwracajac najmniejszej uwagi na wyglad pomieszczenia). Podszedl do sporego stolika z paroma kanapami i fotelem ustawionymi wokol. Siedzialy tam najwieksze mety spoleczne tego kraju, same typy spod ciemnej gwiazdy. Na stoliku lezal napis REZERWACJA z logiem knajpy Labirynt, bedacy jedyna namacalna pozostaloscia po tym miejscu, zwiazana z faktem wykupienia lokalu, wypedzenia wlascicieli, przejecia klientow i czesci oblsugi oraz wysadzeniu w powietrze calej ulicy na ktorej sie znajdowal ku przestrodze.
- Labiryntowa Loza Szydercow wita pana Rypkowskiego!