Rozdzial 2: Dlugo oczekiwane uzupelnienie

Dawno, dawno temu, w odleglej krainie zwanej osiedle Beskidzkie, znajdujacej sie na calkiem odleglej plaszczyznie astralnej wbrew pozorom zamieszkalej przez istoty inteligentne wydarzyla sie rozpoczeta przeze mnie przed chwila historia, ale skonczmy juz z tym pierdoleniem bo widze, ze napewno jestescie ciekawi co sie dzialo dalej. Wiec zamknac mordy i sluchac, bo nie lubie powtarzac dwa razy. Ma ktos ognia?…dawaj… a peto?…dzieki…na czym to ja stanalem? A, no wlasnie. Krzysztof Rypkowski. Tego wlasnie pamietnego dnia wrylo nam sie w pamiec to nazwisko. Dres dotoczyl sie do naroznego stolika i pograzyl swa paskudna gebe w panujacym tam polmroku. Nie rozmawiali dlugo, jednak widac bylo gwaltownosc prowadzonej rozmowy. Bylo tez slychac padajace pare razy „pojebalo cie?!” czy „zamknij dupe!” ktore pozwolily nam wywnioskowac, ze dzieje sie cos niedobrego.

-Co ty tu kurwa robisz kretynie?
- Szyysiu… alle ussphokuj ssie szyysiuu…
Dres dostal plaska w ryj poprzedzonego bardzo nieprzyjemnym „pojebalo cie?!” co jakby spowodowalo, ze nagle otrzezwial. Spojrzal metnym wzrokiem na Rypkowskiego, sciagnal macha Chesterfielda wysepionego uprzednio od Krzysia i przemowil juz calkiem wyraznie:
- Krzysiu, mamy przejebane…
- Zamknij dupe! Po kiego tu kurwa przylazisz psie jeden? Mam nadzieje, ze to wazne bo nie bede za ciebie nadstawial tu karku. No, mozesz mowic – Krzysztof rzucil ponaglajacym spojrzeniem pelnym wladczosci, obrzydzenia oraz zajebania.
- Nie ma Henka! Porwali! Kurwisyny jedne! – dres zaczal szlochac. Byl to naprawde zalosny widok, ale Rypkowski nie odezwal sie ani slowem. Zadnej zlosliwej uwagi czy gnojacego komentarza. Rozumial go. Sam z trudem powstrzymywal swoje emocje, caly smutek, zaskoczenie, zali i przede wszystkim gniew. Ale nie bylby prawdziwym Rypkowskim gdyby sie nie upewnil.
- PIERDOLISZ?!
Dres juz nie odpowiedzial, pograzyl sie w smutku i zaczal wyc. Wiec to prawda… Porwali osiedlowego dealera.

Rypkowski wiedzial co ma zrobic. Wiedzial czego sie od niego oczekuje. Dresy, jako najczestsza klientela rynku narkotykowego poczuly sie najbardziej dotkniete ta strata. Postanowily wynajac detektywa zeby rozwiazal sprawe Henka dealera. W zwiazku z jego nieobecnoscia dresy beda musialy przejsc na glod narkotykowy, czyli beda sklonne zaplacic calkiem spora sumke. Rypkowski juz wiedzial ze przyjmie ta sprawe, jednak odmowil zeby wyciagnac wiecej hajsu od tych niedorozwojow. Sam cieszyl sie, ze pomyslal i zrobil u Henka spore zakupy kilka dni temu. Na sledztwo powinno wystarczyc. To moze byc najtrudniejsze zadanie w jego dotychczasowej karierze detektywistycznej(spraw na koncie: 2*) ale to jest takze sprawa osobista.

Rypkowski bez zastanowienia zbil lufe. Tak trudnej sprawy nie mozna bylo prowadzic bez cudownej mocy henrykowego ziola. W sumie, jesli ziolo pochodzilo od Henryka, a wlasnie to jego trzeba bylo odnalezc, to zwiazek ten napewno ma jakies znaczenie i rzuci troche swiatla na te zagadke. Tak przynajmniej wydawalo sie Krzysiowi, gdyz nie umial wymyslic innej wymowki do palenia. Tak czy siak pomoze mu to. Napewno.

Po spaleniu lufy Rypkowski ruszyl do swojej zbrojowni. W piwnicy jego bloku panowala calkowita ciemnosc. Krzysiu jednak nie zapalil swiatla, znajac na pamiec droge wsrod labiryntu korytarzykow tych katakumb. Zatrzymal sie i wymacal w scianie wneke. Przycisnal reke. Czytnik linii papilarnych przeswietlil ja. Przed nim wysunely sie dziwne gogle. Przylozyl don oczy umozliwiajac urzadzeniu przeswietlenie siatkowki. Urzadzenie wydalo z siebie kilka pikniec po czym na wysokosci krocza wysunela sie rura. Krzysiu rozpial rozporek, zrobil swa mine numer 34(mine mowiaca „nienawidze tej czesci”) i wsunal pindola w rure. Urzadzenie zacisnelo sie na praciu po czym odessalo probke moczu i spermy do przeswietlenia. Zapalilo sie zielone swiatelko, a Rypkowski z bardzo wyczerpana mina pchnal drzwi do przodu. Wlaczyla sie jarzeniowka i pomieszczenie wypelnila swiatlosc. Miniguny, karabiny maszynowe, shotguny, pistolety i inne smiercionosne gowna – to wlasnie wisialo na wszystkich scianach pomieszczenia. Nad wejsciem widnial bardzo filozoficzny napis stanowiacy motto detektywa: „Mysli po zakurwieniu sie sa tak glebokie jak wiadro z ktorego sie zakurwiles”. Rypkowski zawsze zatrzymywal sie i kontemplowal ten napis. Siegnal reka po wiszacy na scianie Shotgun Gaussa rocznik ’79 z zupelnie niewidoczna w tym momencie historii inskrypcja na kolbie. Druga reka chwycil za maczete lezaca na stole. Wiadro, ktore bedzie musial sciagnac do rozwiklania tej sprawy bedzie musialo byc nawet glebsze niz odbyt wyjebany przez stado jucznych bambusow.

*Sprawa Osiedlowego Nekrofila oraz Zagadka Dziwnej Sraki Spod Alberta