Chociaz tak naprawde gleboko w dupie mam Real Madryt i FC Porto, gdyz o footballu wiem tyle co gowno i na tym poziomie chce to utrzymac, to do obu tych miast mnie sciagnelo ostatnimi czasy w jednotygodniowych interwalach. Pierwszy Madryt, tydzien pozniej Porto(z Vigo przy okazji ale o tym za chwile).

MADRYT

Wycieczka w to miejsce zapowiadala sie calkiem nienajgorzej. Mialem nadzieje na cos ciekawego po bardziej nawet niz udanej wycieczce do Burgosu. Zaczelo sie niepozornie, zreszta tak jak w Burgosie, od zwiedzania zasranych zabytkow(ktore nawiasem mowiac mam tak samo gleboko w dupie jak sam Real Madryt). Oblezlismy troche miasta, obadalismy jakies muzeum pelne gowniano wygladajacych obrazow o tematyce przesyconej wrecz religia chrzescijanska, ktora mam tak samo gleboko w dupie jak zwiedzanie zabytkow i Real Madryt. Ogolnie rzecz biorac to to muzeum bylo taka duza sterta bochomazow(bohomazow? Jeden chuj, zapominam tu juz jezyka polskiego, wiec jak komus do tepego lba przyjdzie sie przypierdolic to mu dupe rozkurwie na miliardy inteligentnych mikroskladnikow) ktore w gruncie rzeczy wszystkie mialy na sobie nabazgrane to samo. Polazilismy troche, poogladalismy zasrane budynki, ktore naprawde niczym fascynujacym dla mnie nie byly(ale jak to wyszlo w czasie rozmowy z Gilem dobry bajer na laski, podchodzisz do panny i mowisz z madra mina: „bylem w Madrycie” a panna od razu: „ooo, Madryt, zawsze chcialam sciagnac galeczke komus kto byl w Madrycie!”)[czy ja sie robie zboczony?]
I tak sobie caly dzien zszedl, wkurwialem sie zas niebotycznie na ta Hiszpanie i jej pierdolona sjeste przez ktora nie mozna nawet jebanych fajek kupic(KURWA JEJ JEBANA MAC, KTO TO WIDZIAL, ZEBY O GODZINIE 3 PO POLUDNIU NIE MOZNA BYLO KUPIC JEBANYCH FAJEK I ZAPALNICZKI W SRODKU TYGODNIA!?!?!??!) Ale do rzeczy. Panowie Gil i Dubiel zmyli sie z pola bitwy, gdyz do Madrytu pojechali odszukac bank ING(nie istniejacy tam nawiasem mowiac ;]) i znow zostalem sam z Bullem. Przesiedzielismy jeszcze pare nedznych godzin na zabytkach, po czym zaczelismy szukac jakiegos hostelu. Znow trochu czasu zeszlo az w koncu znalezlismy dzielnice w ktorej byl hostel na hostelu i za wygorowana cene udalo nam sie zlapac nocleg w Hostelu R. Rodriguez :D Na pamiatke nawet mam wizytowke ;)
Wyszlismy na miasto. Anglikow i Amerykancow bylo slychac doslownie co pol godziny i to wszedzie. Tlumy ludzi byly masakryczne wrecz. A my w trase i wedrujemy. Szukamy miejsca, knajpy jakiej, baru czy czegos podobnego co nie jest ani dichem, anie technoklubem ani barem dla pedalow ktorych minelismy ze 20, ogladajac przy tym pare razy jak jacys goscie sie caluja na ulicy(SICK! ;P). Na prozno. Minelismy zbiorowisko brudow hiszpanskich w arafatkach wokol szyi(zeby nie bylo, to wszyscy mieli arafatki a bylo ich tam ladnych pare setek. Co prawda na arabusow nie wygladali, ale co tam) i w glanach, poubieranych w kolorach od brudnej zieleni do brudnej szarosci pijacych winiaki na ulicy. W koncu zatrzymalismy sie w gorze ulicy gdzie juz sie konczyli. Tam podbilismy po petku do jakichs panien gdzie tu sa jakies knajpy, a one najpierw nas wysmialy(pewnie spalone byly :P) a potem poslaly w dol ulicy pelnej dziwek(gdzie nawiasem mowiac spotkalismy Morfeusza :D) Trochu z dupy bylo, znalezlismy jedna knajpke, posiedzielismy, Bull na piwku, ja na Bloody Mary i ztlenilismy sie dosc szybko, bo dretwo bylo. Ah! Na smierc zapomnialem, ze impreze zaczelismy juz w hostelu pijac po winiaku(strasznie chujowej jakosci, dobrego hiszpanskiego jeszcze nie pilem). Wrocilismy wiec do tego hostelu, szybki prysznic i do wyra. To byl naprawde z dupy wyjazd. Powrocilem do domu i postanowilem, ze pozbede sie troche gowna(ktorego nawiasem mowiac glebiej w dupie od Realu Madryt, Architektury miasta i zwiedzania nie mialem).

Pozniej na zajeciach z Shakespeara dowiedzielismy sie od goscia, ze trafilismy w najbardziej zjebana dzielnice Madrytu; Puerta del Sol – „full of… marginal groups, to be politically correct”.

PORTUGALIA(PORTO)

Nastepnego tygodnia za to, postanowilismy wybrac sie do Portugalii z Gisella, Portugalka z Erasmusa ktora wraca do domu co 2, 3 tygodnie, a, ze akurat byl dlugi weekend tosmy sie zabrali. Portugalia byla o niebo lepsza. Po pierwsze, droga przez Hiszpanie wyglada tak: Miasto-pustynia-pustynia-pustynia-pustynia-wiocha-miasto. A Portugalia? Gory, lasy, skaly, piekne krajobrazy. Po drugie, w Hiszpanii jest cholernie ciezko dogadac sie po angielsku z kimkolwiek. A w Portugalii? Jedna osoba na jakies 50 z ktorymi ogolnie gadalismy nie mowila po angielsku, ale uratowal ja fakt, ze podbil do nas w tym momencie jakis gosciu i wytlumaczyl nam in english to co chcielismy. Spedzilismy w Porto(z 2dniowa przerwa w Vigo u ciotek Sabiny, Magdy i Kapaly) 6 dni. I mimo nieprzyjemnosci(winiak rozwalil mi sie w plecaku, zrobilem sobie odcisk wielkosci Alaski i przeszlismy z buta cale miasto 4x wieksze od Bielska) Portugalia jakos mnie bardziej urzekla od Madrytu. Zreszta byl tez ocean. W Vigo troche popluskalismy z Bullem i poznalismy vigowskich Erasmusow, w tym paru gosci z Bialegostoku. Popilismy w plenerze Martini czerowne i pobouncowalismy w okolicznych lokalach.

Transport natomiast w Portugalii kosztowal nas okolo 2 euro na leb(na metro, z czego i tak pol biletu mam jeszcze wazne :D) bo jak jechalismy do Vigo trafilismy na 150lecie kolei, dzieki czemu przewoz pociagiem przez cala Portugalie byl darmowy. Przed samym powrotem do Porto siedzielismy jeszcze z Bullem w Vigo na dworcu i gralismy w Metal Sluga 1 i 2 na jego laptopie podlaczonym do gniazdka znajdujacego sie za kwiotkami rosnacymi pod sciana.

Potem Gisella obwiozla nas po calym Porto swoim wozem i pokazala co trzeba. Wspielismy sie na najwyzsza wieze w Portugalii i obejzelismy panorame na miasto. Gdybym mial uzyc slowa cool ktos musialby mi jebnac w pysk za niewystarczajacy impact(ktorego nawiasem mowiac potrzeba tak z 100x wiecej niz to slowo oddaje) tegoz okreslenia w stosunku do danej sytuacji. Powiedzialbym, ze bylo pretty fuckin´ cool. :D

Pozniej jakas imprezka Halloweenowa z Portugalczykami, dosc dretwa, ale przynajmniej bylo jakies zarcie i ciekawy filmik jak uczymy Portugalczykow polskich przeklenstw(po przejechaniu dlugiej listy Gisella powiedziala: „I can say… kurwa” gdyz tyle wlasnie z tego wyciagnela :D)
Pozniej kolejna noc w hostelu, a ktoras z poprzednich mielismy ze znizka dla pedalow, bo Bull zamowil nam pokoj malzenski w hotelu jednogwiazdkowym. Kiedy wyszedl na zewnatrz spytac mnie o moje zdanie a propos ceny, wyskoczyl jakis gosciu i spuscil nam 10 euro z ceny pokoju ;]

No i w sumie tyle wesolosci, po Portugalii bylo co wspominac, a Madryt? Trzyma poziom wszystkich stolic, znaczy jest zatloczony, brudny, smierdzacy, pelny „marginal groups” i ogolnie chujowy.

Tyle. Piekny przemowil. Pozdro dla calego Bielska-Bialej i nie tylko od wujkow z Leónu :* good fight, good night :D