Dosc juz psioczenia na Hiszpanie. Jestesmy na etapie psioczenia na Leon. A to spowodowane zostalo wczorajsza wycieczka do Burgosu. Ale wszystko po kolei. Tak naprawde wszystko zaczelo sie dzien wczesniej. Bylismy po krotkim wyjsciu na miasto(ja jedno piwko, Bull nic) i postanowilismy wracac przed wycieczka do tego calego Burgosu o 10 rano. Wrocilim wiec na haus, tam szybko postanowilismy isc spac. Ja wyjatkowo jeblem sie do wyrka o w pol do pierwszej(jak na tutejsze standardy to KUREWSKO wczesnie). Pod nami w tym momencie zaczynala sie imprezka. I to z chwili na chwile coraz glosniejsza. Ja spuscilem wiec rolete na balkon, zeby mi nie przeszkadzali i przez poltorej godziny lezalem w spiworze probujac zasnac. W okolicach trzeciej obudzily mnie glosy u drzwi. Matki staly pod drzwiami i rozmawialy z jakimis Francuzami spod nas ktorzy to wlasnie impreze te organizowali. Mnie to wkurwilo tak, ze mialem ochote wstac i ich wypierdolic za drzwi, kiedy nagle weszli do srodka i zaczeli dosyc glosno gadac. Nie wiem czemu, zrobilo mi sie troche weselej, pomijajac fakt, ze leb mnie napierdalal jak sam skurwysyn z braku snu. Pozniej wbila sie policja, ale to zupelnie inna historia na inny dzien. W koncu poszlismy spac kolo w pol do 5 rano. O 8 trza bylo wstac, tak tez zrobilismy. Szybkie sniadanko, potem wypad na dworzec. Na dworcu Bull probuje wyburzac po hiszpansku w kasie i okazuje sie, ze do Burgosu wszystkie miejsca zajete. Po wysepieniu ognia od jakiejs babki i po spaleniu petka przed dworcem Bull podszedl do tego ponownie, tym razem z lepszym skutkiem i udalo mu sie kupic bilet na godzine pozniej. Wg hiszpanskiego zwyczaju wszyscy i wszysto musi sie kurwa niebotycznie spozniac, wiec, gdy usiedlismy na laweczce w miejscu z ktorego mial odjechac autobus po pol godziny okazalo sie, ze autobus spoznia sie pol godziny :P
Ale dosc o pierdolach, wyjazd zaczal sie ogolnie rzecz biorac niemilo. Dojechalismy. Burgos – wiocha mniejsza od Leonu, jednak chociaz katedre ma ladniejsza i wieksza. Pozwiedzalismy glupoty przez caly dzien, kupilismy sobie w Eroskich winiaki za 50 eurocentow i obalilismy je na kolacje na kamiennej lawie w gorach troche za miastem. Wracajac zahaczylismy o roze kierunkow ktora byla w okolicy, z ladnym widokiem na miasto i poznalismy pewna smieszna parke. Najpierw wzieli nas za Francuzow(takiej obelgi nie zdzierze), ale pozniej okazali sie calkiem sympatycznymi ludzmi z jako taka znajomoscia jezyka angielskiego(co tu jest kurewnie rzadzkie). Zabrali nas autem do miasta, zaprowadzili nas pod knajpe, polecili pare innych knajp i powiedzieli gdzie przystanek autobusowy(bo na takowym nie wysiadalismy). Pozegnalismy sie ladnie, potem patrzymy w knajpe gdzie mielismy zaraz pojsc i bez slowa wchodzimy rozochoceni. Knajpa w klimatach rasta, barman byl czarny i mial dredy :D jak sie pozniej okazalo i on mowil po angielsku i to calkiem zajebiscie jak na Hiszpanie :P
Powiedzialem „Dos cervezas por favor” po czym dodalem „grande!” (grande czyli duze w Leonie odnosi sie do 0,5l), a gosciu wyciaga litrowe kufelki i pyta nas po angielsku ktore piwo chcemy :D poprosilem, zeby nam poradzil i to poradzone wzielismy. Prawie jak happy hour w Bazylu i prawie jak Zywiec ;P
Potem rasta spytal sie mnie czy lubimy ziolo(do you like weed? :D), ja na to, ze tak, podszedl wiec gdzies tam za barem do blatu, wyjal bletke(myslelismy z Bullem, ze jointa zaraz zwinie i se we trojke spalimy) sypnal ziolkiem, po czym – UWAGA!- zwinal w kuleczke i dal mi do reki, mowiac, zebysmy se to spalili, bo jest z jego domowej hodowli :D Ja pierdole! Rzucil nam facet ladnym giecikiem o anielskim aromacie, wiec co? Palimy, natychmiast! :D Zmontowalem jointa z fajki bez polowy filtra i spalilismy go we dwoch :D dodajac do winiakow ktore walnelismy dalo nam to niezlego humorka :) poza tym jeszcze bylismy w trakcie tych browarkow ;) kiedy swojego konczylem bylem „w stanie problemow ze wstaniem” :D Postanowilismy, ze kupimy taki jeden kufelek dla Damiana do jego kolekcji, wiec pytamy sie goscia czy nam go odsprzeda. Facet na to, kupiliscie piwo to se je wezcie, zczajcie w plecaku czy cos :P Jaki gosc w ogole ;P Jak Bull podniecony powiedzial, ze pierwszy raz w zyciu ktos dal mu jointy facet na to „i´m rasta, man” :D zrobilismy z nim pare fotek, po czym spytalismy go gdzie mozna znalezc jakies buenas chicas. Gosciu dal nam wskazowki i jeszcze powiedzial, ze musimy czegos sprobowac zanim pojdziemy. Zaprosil nas do baru i wyciagnal jakas 50% ganjowa vode ktorej po kielonie nam nalal :D A my, spruci juz przyzwoicie obalilismy, pozegnalismy sie i podziekowalismy za wszystko, po czym wyszlismy. Wg wskazowek rasta szlismy przez jakies 10 minut. Po czym znalezlismy sie na srodku jebanego placu otoczonego knajpami ze wszystkich stron. Lachony lazily po prostu stadami z jednej strony w druga. Mozna bylo doslownie caly dzien chodzic z twardym, albo przynajmniej cala noc i nie przesadzam tutaj :D Zrolowalem kolejnego jointa na laweczce na srodku placu i spalilismy go z Bullem, jakis gosciu nas bletkami poczestowal. Spaleni jak swinie, jeszcze troche najebani siedzielismy na srodku podziwiajac widoki. Bull nie chcial przebijac do zadnych lachonow caly czas po angielsku mowiac do mnie, ze jak troche wytrzezwieje :P
A ja siedzialem na zasranej laweczce nudzac sie jak chuj. Podeszli jacys goscie, usiedli kolo nas i zaczeli szprechac po hiszpansku. Podburzylem wiec z moim slynnym „do you speak english?” i gosciu powiedzial „a little bit”, wiec pytam gdzie by polecil isc. Facet mowi tutaj jest dichowato, wskazal palcem w prawo „tu ciezko” wskazal palcem bardziej w prawo „a tu normalnie”. Wiec wstajemy idziemy w prawo(dzie niby ciezko :D) i skrecamy w przeciwna strone niz pokazal ze jest normalnie. Zatrzymujemy sie jak kanjpy zaczely sie konczyc i patrzymy, siedzi grupa metali(a to w Hiszpanii niespotykane, same punki w arafatkach laza :P) Wiec podburzam znowu moim cudownym „do you speak english” i zostaja mi wskazane dwie panny ktore mowia. Od razu do tej ladniejszej wyskakuje gdzie by mi polecila isc.
„what music do you listen?”
bez zastanowienia „metal”
wszystkie panny chorem „aa meetaaal! Come with us!”
Wiec poszlismy, najpierw zaprowadzily nas do jakies hiszpansko-rockowej knajpy, nie takiej calkiem do dupy, ale tez nie specjalnie rewelacyjnej. Tam walnalem Heinekena i zaczalem wypytywac panne o rozne pierdoly. Gdy padlo z mojej strony pytanie „czego sluchasz” in inglisz ov kors odpowiedz byla bardzo wrecz przyjemna, nasluchalem sie metalowych zespolow o ktorych slyszalem :P Jednakze na pytanie czy lubi Slayera odpowiedz byla tak satysfakcjonujaca jak sprzedanie komus buta prosto w ryj :D Potem powiedzialy, ze idziemy dalej, ze tam leci prawdziwy anglojezyczny metal. Bez zastanowienia dopilem pol browara jednym haustem(czyli 0,15l :D) i wyburzylismy. Pytam sie panny co tam leci, ona Iron Maiden, Manowar, Metallica, Slayer and so on and so on. Wchodzimy. Pierdolnelo nas glosnym dzwiekiem i Hallowed be thy name Irona Majdanka. W srodku – co tu duzo gadac – metalowo :D Tam w sumie spedzilismy troche milych chwil, Bull zamowil Seasons in the abyss Slayera i prawie dostalem tam orgazmu. Pozniej spedzilismy czas do rana na laweczce przy dworcu busowym, ale ze nam kasy nie otwarli(bo niedziela byla) to spierdolilismy na pociag. Kolejna godzina czekania, ale chuj. W koncu zjebalo nam humor dopiero jak zobaczylismy na dworcach tabliczke z napisem Leon. Brrrrrrrr…

P.S. Tesknie za Monika :D
Ogolnie to w sumie tesknie za domem, ale tesknie tez za: Mamusia, tatusiem, braciszkiem, kuzynkiem, Cataphorcia(sorry bejbe, rodzina pierwsza :D), Damianem, Era(moja suka ;]), Bazylem(moim barem ;(), Poza Swiatem, ZYWCEM!!! i Warka STRONG :P bye :D