tematem tej notki beda grzyby. poniewaz jestem wlasnie pod ich wplywem pisze te notke jedna reka, o ale wlasnie wpierdolilem do konca kawalek pizzy, ale zaraz prawdopodobnie wysune reke po drugi, btw, wlasnie pisAlem dwoma rekami, ale chwycilem za nastepny kawal pizzy i znow pisze jedna. siedze u kumpla, jestem zgrzybiony jak chuuuj, nie moge zebrac mysli. nie moge sie kurwa skoncentrowac nA pisaniu i kurwa jedzeniu jebanej pizzy jednoczesnie i tak mnie reka napierdala ze chuj.

Staram sie, staram sie jak moge zebrac mysli, ale ta klawiatura staje sie za krotka, nie jestem w stanie zapisac tu wszystkiego, ale z drugiej strony nie da sie przelac wszystkich mysli na papier, lub w tym przypadku na bloga, bo to wlasnie staram sie zrobic. W tej sytuacji nie mam wlasnych mysli, no w sumie mam, ale nie sa tylko moje, gdyz slysza je wszyscy naokolo. Wszystko, co mi kurwa przychodzi do glowy zostaje momentalnie przeze mnie wypowiedziane, czyli jakby na to nie patrzec jestem teraz ZAJEBISCIE(czyli bardziej niz zawsze) szczery. Pustka, nie wiem co dalej napisac, czytajac te slowa prawdopodobnie myslicie, co to za gowno, co z tym kolesiem. Jezeli dotarliscie do tego momentu, widzicie co sie ze mna stalo i rozumiecie to, to znaczy, ze wy kurwa… tez jestescie zgrzybieni. Ta notka to zapewne tylko stek posklejanych ze soba mysli autora, z ktorych, po dluzszym zastanowieniu moznaby zlozyc zdania, a ja staram sie, naprawde sie staram przekazac jakies tresci.

Staram sie najbardziej trzezwo jak potrafie napisac teraz co mi sie dzis przydarzylo, bo to co sie dzieje teraz do kurwy mnie doprowadza.

(…)

Otoz, gdy matka przywiozla mnie na beskidzkie, kumpel mial czekac na mnie z grzybami(halucypami dla niewiedzacych, lysiczka lancetowata, dla jeszcze bardziej dociekliwych).
(dla wtracenia mysli bede sie poslugiwal nawiasami, przeszlo mi to przez mysl, bo w tym momencie mialem zaskakujaco realne haluny.) Wiec przyszedlem na beskidzkie, Bula, moj qmpel czekal na mnie z zasrana lysiczka lancetowata, ktora po kilku dniach przechowywania wygladala jak pierdolona breja wyciagnieta komus spod buta.(z dupy)

(…)

Dzis juz jestem trzezwy, wiec dokanczam ta notke, na co pewnie czekaliscie, lub nie, szczerze mowiac wali mnie to.
W koncu blog jest moj :P

Wpakowalem grzybki w kromke chleba od Buly, i z olbrzymim niesmakiem pozwolilem im sie przedostac z kanapki wprost w moj uklad trawienny.
Postanowilismy wyruszyc na lotnisko celem ogladania zajebistych rzeczy na otwartym terenie i – co wazniejsze – celem bycia samymi, gdyz obecnosc innych pod wplywem grzybow jest troche a)denerwujaca
b)stresujaca.
Uzywajac wlasnych nog, a takze w mniejszym stopniu ust, jezyka oraz strun glosowych(narzadow waznych w procesie komunikacji zwanym mowa) dotarlismy na lotnisko, gdzie Bula, jesli mnie pamiec nie myli potrzebowal oddac mocz. Minelo jakies pol godziny od zjedzenia. Nic. Pogoda – jak dotad niezla – zaczela sie jebac. Znalezlismy miejsce, by usiasc, wiec usiedlismy. Popijalismy sobie woda i Mountain Dew, a pogoda gorsza i gorsza. Zaczelo kropic. Postanowilismy zmienic miejscowke. Przeszlismy sie kilkaset metrow az do jakiejs drogi, gdzie zatrzymalismy sie pod jednym z drzew.
Zaczelo nas z lekka chwytac, a minelo juz prawie 45 minut.

***

Deszcz napierdalal niemilosiernie. Dwoch mlodych ludzi, znanych blizej jako Piekny i Bula siedzialo pod drzewem czekajac az przestanie padac i wyzywajac sobie wzajemnie, bardziej na zarty niz na powaznie. Bula postanowil, ze lepiej schroni sie przed deszczem kucajac w przydroznych krzakach, pod tymze drzewem. Piekny postanowil nasunac na glowe wlasny plecak, azeby oslonic sie przed niemilosiernie denerwujacymi kroplami deszczu, splywajacymi po lisciach i kapiacymi na jego glowe.
Dwaj mlodzi wedrowcy byli zgrzybieni. Zaczal sie wytwarzac nowy klimat na przestrzeni, na ktorej sie znajdowali. Byl to klimat dwoch chorych, pokreconych, zgrzybionych ludzi…

***

Gdy tylko Bulczan wylazl spod krzakow, zaraz po tym, jak przestalo padac, postanowilismy sie troche przejsc. Nogi odmawialy mi juz posluszenstwa, ale bynajmniej nie z powodu zmeczenia, a z powodu tych cholernych grzybow. Na szczescie wczesniej juz to przezylem, nauczylem sie wiec szybko nad tym panowac. Niebo sie przejasnialo. Wyodrebnialy sie juz rozne mniejsze chmury. Lubie patrzec na chmury, gdy sie zgrzybie. Przybieraja rozne ksztalty, ktore tylko przychodza mi do glowy. Calkiem niezle wygladalo tez niebo, kiedy juz zblizal sie zachod slonca. Nad nami granatowe, nizej rozowawe, przed nami zajebiscie blekitne, a w okolicach zachodzacego slonca fioletowe. Szlismy sobie drozka, celem obejrzenia jej konca, ale szybko sie tym znudzilismy. Lapaly nas ostre smiechawy. Co jakis czas, idac wzdluz drogi zatrzymywalismy sie na chwile, by popatrzec na niebo, na chmury, na ziemie. Dzialy sie z nimi naprawde zajebiste rzeczy. Droga, ktora na poczatku byla sciezka blota, szeroka na szerokosc auta, zaczela przeistaczac sie. Ogladanie jej idac sprawialo wrazenie zmiany klimatu co pare minut. Zabawialismy sie rozmowa na rozne, niezrozumiale(niezgrzybionym ludziom) tematy. Smialismy sie do rozpuku z glupich rzeczy. Bylo zajebiscie, pomyslalbys.
Mialbys sporo racji.

***

Mlodzi grzybiarze, znudzeni wedrowaniem sciezka, ktora nie ma konca, postanowili udac sie spowrotem do poprzedniego miejsca, gdzie mogli spokojnie usiasc. Patrzyli na siebie, jeden na drugiego, jak na jakies orki, czy trolle. Bedac szczerym tak wlasnie, we wlasnym odczuciu wygladali. Dzialy sie z nimi dziwne rzeczy, gdybys przechodzil obok tych dwoch, albo zadzwonilbys po policje, albo po pogotowie psychiatryczne. Na szczescie dla nich, nie bylo cie tam.

***

I tak oto montowalismy sie, przez pare godzin, to w rozmowe, to w chmury, to w niebo. Wszystko bylo zajebiste. Jednak nuda wziela gore. Postanowilismy pojsc do mnie na faje wodna. Znajac niezdecydowanie Buly(a szczegolnie po grzybach!) nie uwierzylem, zebysmy tam w ogole mieli pojsc. Tak tez bylo, wrocilismy na beskidzkie, do Rypki pogadac z nim. Po drodze montowalismy sie w to, ze jestesmy mrocznymi wladcami, a swiatla dochodzace z cmentarza i miasta to ludzie z pochodniami, ktorzy maszeruja zbuntowani, zeby nas obalic.
Udalo sie jednak dotrzec do Rypki. Cieciowi nawet sie nie chcialo isc z nami, kiedy proponowalismy mu tu w 10 minucie po zjedzeniu grzybow. Wiec teraz my przyszlismy do niego.
Gadalismy dlugo, Rypka co chwile musial zapalac swiatlo, bo tak bywa na korytarzach, swiatlo gasnie, nic nie jest wieczne, tempus fugit.
Wkurwial mnie niemilosiernie kiedy nie dal mi dojsc do slowa, gdy chcialem cos powiedziec i przeinaczal sens moich wypowiedzi. Balem sie go, jak robil miny pstrykajac swiatlem. Brrr…

Pozniej wrocilem do domu, autobusem, bez biletu, schizujac sie o kanarow. W domu nadal mialem haluny, ale to co widzialem, niech pozostanie juz tylko w mojej glowie… W koncu musze miec jakies wspomnienia tylko dla siebie, czyz nie?