Wybaczcie mi za male spoznienie, mialem ta notke zamiescic wczoraj, ale prosze: oto jest.

Od czego by tu zaczac? Pilsko to jakastam gorka paredziesiat, czy pareset(watpie, zeby pareset) kiloskow od Bielska. Raz do roku, wraz z rodzina i znajomymi wybieramy sie na Pilsko, celem pojezdzenia na nartach(ja na desce), spotkania znajomych z zeszlego roku, oraz oczywiscie – celem wypicia znacznych ilosci alkoholu. Ten wyjazd na Pilsko, byl chyba pierwszym, na ktorym rodzice karmili mnie(mnie, niepelnoletniego mnie) alkoholem w ilosciach wiekszych niz lyk piwa. Bylismy tam w tym roku z pyhem i rodzina, oraz z qznem mym, Michauem.
Wszystkich trzech moja mama poczestowala juz pierwszego dnia drinkiem z Bolsa i Coca-Coli. Tegoz wlasnie pierwszego dnia, jesli pamiec mnie nie myli nie jezdzilismy za duzo. Gdy tylko w pokoju sie przerzedzilo, znaczy zostalem ja, pyh i Michau, wypilismy te driny i(poprawcie mnie jesli sie myle) wciagnelismy troche tabaki. Rodzice nieco pozniej dali nam browarka na trzech, ale to i glupi widzi, ze przeciez to nam nie starczy. Ale na ten dzien jednak poprzestalismy picia. Mialem jeszcze ze soba giety i grzyba, wiec udany impran byl bardzo prawdopodobny. Poza tym mialem ze soba moj swiety zeszyt, w ktorym lubie rysowac, a moze nawet w dalekiej przyszlosci(odpowiednik mojego: jutro) zamieszcze co po niektore najlepsze.
Ale dosc tego glupiego pierdolenia, wracam do sprawozdania.
Ten pierwszy dzien zakonczyl sie bez zadnych gruntownych akcji, nie dzialo sie nic godnego zapamietania i mojej uwagi(mam nadzieje, ze te notki sie podobaja, bo ich kurwa nie bede przepisywal ;P).

Wiec po dniu pierwszym, jak to juz zwykle bywa, nastepuje dzien drugi(odwieczne prawo natury). Drugiego dnia jezdzilismy na nartach/deskach dlugo, bo do popoludnia. I jesli moja (niezawodna) pamiec nie plata mi figli rodzice wzieli plecak mojego kuzyna(jego moze tez, ale chuj z tym) na zakupy na miacho(na suczki z ziomalami z kwadratu) aby piwo zakupic. Wrocili i trzeba powiedziec, ze pare tych browarow nie ujzaly ich oczy juz nigdy :) Pozniej jeszcze oczywiscie przyjechal znajomy GOPRowiec ze smugowka, a rodzice, jak to dobrzy rodzice pozwolili mi sie napic(mam nadzieje, ze nie widac tu moich problemow z interpunkcja).
Tak mijaly godziny, az w koncu rodzice przeniesli sie do sali jadalnej na impreze dla doroslych(nam juz nie pozwolili), a my – no co tu robic? Jak nie ma co robic, to trza rozrobic(jak mawia stare indianskie przyslowie) stuff. Wiec… Otwieram piornik(wszedzie go biore ze soba, jak mam plecak i swiety zeszyt) wyjmuje grzybka, rozkrecam go i na szybkosci doczyszczam. Prosze kuzyna o peto, no i juz w chwile pozniej stafik lezy na swietej okladce mego(jakze swietego) zeszytu. Zbijam grzybsko, biore ekipe i idziemy na dwor. A, ze wialo niemilosiernie, trza bylo pochodzic wokol schroniska, aby znalezc odpowiednie miejsce. Jako mistrz ceremonii, wlasciciel grzyba i wlasciciel staffu, mi przypadl honor odpalenia grzyba. Niestety, miejsce, w ktorym bylismy nie bylo calkowicie wolne od wiatru(wialo jak skurwysyn(a moze i dluzej)), wiec musialem improwizowac. Wcisnalem leb pod koszulke, a od dolu wsunalem grzyba, oraz urzadzenie potocznie przez wielu ludzi zwane zapalniczka. Cosik sie sciagnelo, bo koszulka(jak to bywa pod koszulka) chronila mnie od wiatru). Podalem grzyba dalej, potem dalej, potem pyh podal dalej, potem Michau podal dalej, potem sam sie podal dalej itp(wiecie o co mi chodzi).
Zauwazylem, iz w mojej(jakze rozbudowanej) wypowiedzi namnazaja sie nawiasy, wiec obiecuje postarac sie ograniczyc ich ilosc do minimum(dobra, to byl ostatni raz! ;)).
Gdy grzyb sie oproznil, trza bylo wrocic do schroniska, by ogrzac sie oraz dopalic staf. Oczywiscie, ze staf byl moj, a moja dobrodusznosc(hehe) przekroczyla juz moje najsmielsze oczekiwania(dobra, ten jest juz naprawde ostatni :D), reszte postanowilem dopalic sam. Wiec zbijam grzyba i ide do keebla. Zamykam sie w kabinie i odpalam. Slysze glos kuzyna za soba. Walic go. Aaaalbo, niech mu bedzie. Otwieram drzwi, dalem mu jeszcze sciagnac bucha zanim poszedl i kazalem mu czaic czy nikt nie idzie. Zamykam sie znowu i pale. I tak sobie siedze. Soczyscie zbity byl. Wiec siedze. Po chwili slysze kroki, Michau, mysle. Juz chcialem sie odezwac, gdy uslyszalem, ze ten ktos wchodzacy do kibla podchodzi do pisuaru i leje. Dopalam grzyba, zostaly ze 2 buchy. Zaczynam slyszec szept. Wyroznilem tylko pare slow, m.in: „boisz sie? a powinienes”. Slyszac to tak sie kurwa wystraszylem, ze jak najszybciej sie dalo sciagnalem reszte i rozgrzanego niemilosiernie grzyba wsadzilem do kieszeni. Spuscilem wode i wyszedlem. Przechodze obok pisuarow – a tam stoi taki jeden kolo(troche podstarzaly) i leje. I gada. Do siebie. Zaczalem sie cicho smiac i spierdalac do pokoju jak najszybciej moglem. W pokoju wybuchlem smiechem i opowiedzialem wszystkim co widzialem. Reszte tego dnia spedzilem siedzac na lozku, wymyslajac glupie rymy z pyhem i qzynem i rysujac Zwolaka w trzech stadiach. Z opinii qmpli z klasy okazalo sie, ze nawet calkiem trafnie go uchwycilem. Zamieszcze tu moze kiedys, za pare lat to co „napisalem” gdy reszta dyktowala mi wiersz stworzony z zupelnie przypadkowych rymow. Wymyslilismy tez piosenke o waleniu konia w rytmie We will rock u(nie wiem, czy tak sie to zwie, ale pewnie wszyscy wiedza o co mi chodzi). Wypilismy browce i jeszcze troche stafu zostalo na next day, ale postanowilem spalic go pozniej. Reszta – to troche lazenia po nocach wzdluz wyciagu i tras, skakanie do sniegu z pieciometrowych slupow tegoz wyciagu. Jesli cos pominalem, prosze o komentarz.

Jak tu sie nazbiera troche komentow, to druga notka(juz nawiasem mowiac gotowa) z wycieczki tez zostanie zamieszczona. Reklamacje i zazalenia skladac pod nr gg 1855714*

*rozmowa 12zł+VAT za minutę