Andrzejki u mnie byly juz jakis czas temu, wiec najwyzsza pora je opisac.

Bylo to w mrocznych czasach, kiedy jeszcze panowal ciemny rok 2003. Rok zacofania, ciemnoty i, co chyba oczywiste, przeszlosci :P Jakos mi dzisiej nie idzie filozofowanie, wiec sprobuje je pominac, ograniczajac sie do przekazu suchych faktow wraz z komentarzami od autora. Andrzejki zapowiadaly sie dobrze – qmple z klasy zadeklarowali przyjscie na jakies chlanie czy cus. No dobra, qmple deklaruja, piekny czeka. No i czeka i czeka i co kurwa? Sie nie doczeka. Wiec zadzwonic musi po kuzyna, ktory to zjawia sie prawie natychmiast, jak to kuzyn. Po chwili ogladania Hypera czuje znajome bzyczenie w kieszeni… Taaaak, to moj telefon z wlaczonym wibratorem(mmmmmm). A ja, jak to ja, telefon w lape i wydaje z siebie nastepujacy dzwiek: „Czego?”
W odpowiedzi slysze znajomy glos: „Piekny! Czeszko, jest u ciebie impreza?”
*sarkastyczny ton*
„Mozna by tak powiedziec… Ale jakos nas tu malo, jestem z bratem i kuzynem, milo by bylo, jakbys sie wbil”
Glos dobywajacy sie ze sluchawki byl oczywiscie glosem Luqasza. Spox, powiedzial, ze bedzie za jakis czas… Czekalismy pol godzinki, az w koncu – dzwonek do drzwi. Zchodze na dol z racji nieposiadania zamka otwieranego domofonem i wpuszczam Bulke. A Bula jak to Bula – wchodzi :)
Posiedzial chwile, zjedlismy pare nalesnikow roboty Majstra patelni – Haraśa po czym zakomunikowal: „bedziemy o 10.30 razem z Rypniem. W najgorszym przypadku bede ja”
Wiec coz mialem innego zrobic jesli nie wypuscic Bule?
Bula wiec, skoro sie go wypuszcza – wychodzi. Ja tymczasem wracam do ogladania Hypera. Juz jest tak cholernie nudno ze ja pierdole. Godzina 9.40 pm strefy czasowej Warszawa, Zagrzeb, Skopie. Zaczynam zasypiac. NIE! Nie moge kurwa zasnac bo nie bedzie kto mial wpuscic podroznych. Trza wiec przejsc do bardziej drastycznych srodkow… Zostala nam 2litrowa butelka coli, wiec lyknalem troche i usiadlem na kanapie. Czas wlokl sie nieublaganie. Kazda sekunda byla jak minuta… Minuta byla jak 2 minuty. 2 minuty byly jak 4. 4 jak… kurwa dosc tego! Juz stracilem nadzieje na powrot Druzyny, byla 10.40. Postanowilem wiec poddac sie podswiadomosci i odplynac w kraine snow. Juz pomiedzy naszymi swiatami – swiatem realnym i swiatem snow uslyszalem gdzies z oddali wnerwiajacy, swidrujacy mozg dzwonek. Dzwiek byl tak irytujacy, ze zerwal mnie z kanapy na rowne nogi i pociagnal ku sobie. Biegiem rzucilem sie do domofonu i podnioslem sluchawke z tymi slowy na ustach: *zaspanym glosem* „Ktoo taam?”
„Swiety mikolaj z alkoholem!!! Wpusc nas kurwa Piekny!!!”
To byly glosy Rypki i Buly. Na to czekalem juz od ladnych paru godzin. Zbieglem na dol z predkoscia mezczyzny trafionego w glowe z glana wypadajacego przez okno. Na dole juz nieco spokojniej otwieram drzwi. Z mrokow nocy wylaniaja sie dwie sylwetki strudzonych wedrowcow. Po przywitaniu weszli do srodka. (Patrzcie ludzie, co ten Tolkien mi zrobil z mozgu)
Tam, w otchlani pieknego domu przedstawilem wedrowcow bratu i kuzynowi. Wedrowcy wyjeli to, na co czeklismy wszyscy z zapartym tchem – 2 butelki 0,7l Bolsa. Ostatnim razem pilem go sporo ksiezycow temu na obozie zeglarskim i marnie skonczylem. Ta zas wyprawa wglab ulicy D. zakonczyla sie dosc podobnie, jednakze byla weselsza. Jako gospodarz, ruszylem w strone barku i wyjalem zen kieliszki. Rozlozylem je na pustym stoliku kolo kazdego z Druzyny. Ruszylismy cala banda w strone kuchni celem znalezienia jakiejs zapity i zagrychy. Znalazlem soki – grejpfrutowy i wisniowy. Zabralem je oba, niosac w palcach drugiej reki ilosc szklanek, odpowiadajaca liczebnosci Druzyny. Shakal przyniosl z lodowki ogorki malosolne i tym oto sposobem picie moglo sie rozpoczac. Jako gospodarz(gdzie ja to slyszalem) polewalem pierwszy, wypelnilem wszystkie kieliszki oprocz swego, ktory wypelnil Krzys. Rozlalem Sok grejpfrutowy.
Starczyl na 1 szklanke/leb. Pierwszy toast.
„Za kurwa szkole!!!” wrzasnal Rypka. Poszla pierwsza salwa, po twarzach przeszedl grymas „pitej wodki” :D Tym oto sposobem oproznilismy cala butelke nr.1 i przeszlismy do 2. Wtedy zaczely sie juz opory, co 5 minut wychodzilismy na peto(Bula:”idziemy na peto?” Reszta:”Dobra”. Skonczylismy. Wracamy. Kieliszek. Zapita. Bula:”idziemy na peto? Reszta:”Dobra”)Rypń zaczal juz powaznie tracic rownowage i ewidentnie widac bylo, iz juz sie najebal.
A jesli mnie pamiec nie myli potem juz poszedl pierwszy raz rzygac… Jesli nie napisalem wczesniej: Nie bierzcie ogorkow na zagryche kiedy jako zapite macie juz sok wisniowy, bo bedziecie rzygac rozowa breja. Niedlugo po wyjsciu z kibla, Krzys chwycil sie za kieliszek wodki, bo gdy czekalismy na niego znowu ktos polal. Rypń wstal z kieliszkiem, wznoszac go do toastu. Siedzialem kolo niego(TAK BULA, SIEDZIALEM!!!), ale zaglebilem sie w rozmowe, na temat mi juz nie wiadomy z Harasiem i Bulczanem. Chwile pozniej, zauwazylismy, ze Rypka siedzi z kieliszkiem dalej w tej samej pozycji. Chwile pozniej padlo: „Dobra panowie, pijemy… Ej, dzie jest Rypka?” wszyscy zblizyli sie do mnie, gdyz pode mna wlasnie lezal krzysiek z caly czas wystawionym kieliszkiem, tylko, ze na podlodze i byl nieprzytomny(zdeczka) :D

Ocucilismy go i postawilismy, z kieliszka nie uronil ni kropli wodki(co za wyczyn ;P)
O ile pamiec nie plata mi figli, bula juz rzygal. Przyszedl czas na moja kolej, poszedlem do kibla, gdzie siedzial juz moj kuzyn rzygajac do muszli. Nagle wpadl bula z rypniem trzymajac aparat cyfrowy taty i pykneli mu ladna fotke, akurat jak rzygi koloru rozowego wylatywaly mu z gardla :) Potem usiadl sobie na wannie, a ja zmienilem go przy kiblu. Piekne rozowe rzygi prawie wyplywaly brzegami(moze troszke koloryzuje :)). Uznalem, ze mam juz dosyc, wiec udalem sie ku memu pokojowi spac. Jesli cos pominalem, dopisze napewno, ale to raczej koniec. Dziekuje panstwu za uwage i zycze milej nocy. Notke wyzej uzupelnie jak tylko znowu rodzice dzies wyjda, bo wlasnie wracaja, a przy nich nie bede nic pisal.

calusy,