piekny blog

Twój nowy blog

Pisze sobie nowa notke, bo mam dziwne przeczucie, ze jak zostawie tego bloga nietknietego przez nastepne pare miesiecy to moga mi go wykasowac abo co. W zwiazku z tym stwarzam notke, bez wiekszego celu i sensu pisana, ladu i skladu w niej sie takze nie dopatrujcie. Co u mnie, pytacie? Alez bardzo milo z waszej strony, żenię się, odpowiadam. Mieszkam na wlasnych smieciach z ukochana oraz milusinskim Seba, ktorzy to rozjasniaja moj zywot do granic mozliwosci. 

Niedlugo juz mieszkac bede w innym skladzie, byc moze zupelnie gdzie indziej, ale jak do tej pory bawimy sie calkiem wyjebiscie. Zakladam, ze nikt raczej juz tego nie czytuje, wiec nie wiem czy dopisze cos nowego EVER(chociaz moze, ale jak juz sie zapowiem na za miesiac to bedzie za pol roku, wiec moge sie z reka na sercu(albo i jajach) zapowiedziec na za pol roku(kiedy to bedzie to juz chuj jeden tylko wie, wiadomo za to co to nie bedzie – nie bedzie to juz Rypkowski) Dosc tego dobrego, praca wzywa, nie bede sie tu juz wiecej wyzewnetrznial, bawcie sie moi nieistniejacy czytelnicy i niezliczone rzesze wyimaginowanych fanow! :*

Rozdzial 8: A long long time ago in a Bielsko far far away.

Wieczor byl wyjatkowo szary. Popoludnie zreszta tez, ale mimo to przy gorszym oswietleniu szarosc jakos bardziej dawala sie we znaki. Rypkowki byl caly pokiereszowany, kazdy miesien jego ciala sprawial mu bol, ktory normalnego czlowieka juz dawno doprowadzilby do ciezkiej kurwicy, psychozy i schizofrenii paranoidalnej z przerzutami na raka prostaty. Na szczescie detektyw Krzysztof Rypkowski byl bionicznym nadczlowiekiem o niebywale szybkim metabolizmie wywolanym dosc dziwna wariacja choroby popromiennej. Nie chodzi tu wcale o Czarnobyl, ktory dziwnym zbiegiem okolicznosci wyjebal w powietrze jakos w okolicach jego przyjscia na swiat, a o zdarzenia sprzed paru godzin, ktore byly powodem ogolnej szarosci miasta Bielska-Bialej i brakiem jakiegokolwiek widocznego zycia na jego ulicach. Rypkowski splunal na ziemie. Z powodu szeroko rozpowszechnionej szarosci trudno bylo mu ocenic czy byla to slina, czy krew, gdyz oba te plyny ustrojowe wygladaly w tym momencie jak przezuta i wypluta kartka szarego papieru. Cholera, nawet psie gowna byly szare i stracily na walorach zapachowych(bynajmniej nie pachnialy ladniej, aczkolwiek wszystko wokol pachnialo teraz jak psie gowno). Licznik Gigera zamontowany na shotgunie Gaussa rocznik ’79 terkotal jak popierdolony. Zupelnie jakby… Krzysiu nie mogl sobie przypomniec co sie wlasciwie przed chwila stalo, ale miejsce, w ktorym sie znajdowal wygladalo jakby polaczyc Hiroszime, Nagasaki i Bielsko, oraz dodac najmilsze elementy z Apokalipsy Sw. Jana. Oczywiscie w czarno-biele, bo cos jakby wyssalo z krajobrazu wszystko, co nie bylo szare. Maly, szary, nietoperz przelecial Rypkowskiemu kolo ucha. Jakis dziwny byl… mial ogon… rogi… oburacz trzymal maly, jakze uroczy trojzab. Chyba sie usmiechal, dlatego Rypkowski mimowolnie odwzajemnil usmiech. Malenka zarowka zapalila sie nad jego glowa. Odwrocil sie i spojrzal w strone Sfery. Jego oczom ukazal sie calkiem sporych rozmiarow krater, w srodku ktorego znajdowala sie szczelina, z ktorej wylatywaly troche juz wieksze nietoperze.
- Czego sie kurwa nacpalem? - powiedzial slabym glosem, po czym stracil przytomnosc i upadl twarza wprost na szary, smierdzacy psim gownem chodnik.

***

W korytarzu robilo sie coraz bardziej szaro. Calkowita ciemnosc mogla nastapic juz dosc niedlugo. Rypkowski zadbal, zeby trzy z czterech generatorow awaryjnych Sfery utracily swa sprawnosc(kilka strzalow z samopowtarzalnego, czterolufowego obrzyna z przelacznikiem na miotacz ognistych czaszek i mini-BFG 5000 rozpierdalajace wszystko i wszystkich wokol w zaledwie ulamku sekundy w zupelnosci wystarczyly by poslac kazdy z nich w niepamiec), a przed paroma minutami odcial doplyw engergii z zewnatrz. Smiesznie sie skladalo, ze akurat zostal mu jeden pocisk w ostatniej lufie i akurat biegl sprintem w strone czwartego z generatorow. Mijajacy go elektrycy, spieszacy na miejsce ktoregos z trzech generatorow nawet nie zwracali na niego uwagi. Pierwszy ktory zobaczyl jego bron i otworzyl usta by cos wykrzynac oberwal ognista czaszka, ktora skutecznie rozniosla zarowno swoja jak i jego czaszke po okolicy tworzac mgielke krwi i deszcz kawalkow miesa i kosci. Lepka czerwona maz wyladowala Krzysiowi na policzku, po czym sciekla po linii szczeki i kapnela z czubka brody. Zdazyl zamknac oko zanim krew prysnela mu na nie zmniejszajac o 36% ewentualne ryzyko zakazenia wirusem HIV. Zanim rozpoczal modly w intencji czystosci tej krwii, musial obryzgac sobie drugi policzek, ucho, otwarte oko i kark. Ten elektryk podszedl duzo blizej niz poprzedni. Kikut jego szyi dymil coraz bardziej, w miare jak resztki skory i wlosow powoli zajmowaly sie zarem i rozsypywaly sie w popiol.
Tymczasem na parkingu pod Sfera zatrzymalo sie kilka samochodow. Pomaranczowy maluch obsadzony paroma lysymi glowami przytwierdzonymi do odresionych torsow zatrzymal sie najblizej tylnego wejscia. Tepe wyrazy twarzy mowily wiele o ich poziomie intelektualnym i aktualnym stanie ducha. Bylo to dwoch, mlodych gentelmanow, obytych bardzo w sztuce przekraczania jezdni nie na pasach, w oddawaniu moczu w miejscu publicznym oraz prawdopodobnie czestych dawcow tak zwanego „wpierdolu”. Z bagaznika wyciagneli jeszcze troche podrygujacy worek, ktory wydawal podobne dzwieki do worka ziemniakow wyciaganego z bagaznika malucha, jednak wprawne oko szybko wypatrzyloby, ze z worka ziemniakow zazwyczaj nie stercza nogi. Dwa pozostale samochody wygladaly na dosc drogie i dosc czarne. Bylo juz dosc ciemno, ale z jakiegos niezidentyfikowanego powodu swiatla wokol Sfery zgasly akurat w momencie otwarcia drzwi jednego z nich. Kilka sylwetek wydobylo sie z wnetrza jednego z tych niezidentyfikowanych cudow motoryzacji i udalo sie w strone wejscia. Jedna z postaci miala prawdopodobnie wysoki obcas(chociaz z dzwieku moznaby tez wnioskowac, ze miala ona po prostu dwie metalowe protezy zamiast nog), a druga miala prawdopodobnie niski obcas i obie swoje oryginalne nogi na swoim miejscu. Postac pstryknela na dwoch lysych, ktorzy grzecznie i potulnie ruszyli przodem niosac we dwoch dziwny worek ziemniakow, z ktorego wystawaly dwie nogi.

Po doszczetnym spopieleniu ostatniego z generatorow awaryjnych Sfery, Krzysztof ruszyl do lazienki, sprac z siebie resztki mozgow swoim magicznym wybielaczem firmy ACME. Niestety, bylo mu bardzo trudno zmyc krew z czola, oczu i nosa z jakze prozaicznej przyczyny. Mianowicie na twarzy jego zaciagniete byly niebieskie gogle noktowizyjne(pamiatka ze spotkania z pewnym wykladowca Akademii Nauk Inzynieryjnych, jednym z nielicznych posiadaczy shotguna Gaussa), ktore skutecznie utrudnialy umycie czegokolwiek pod spodem, a zdjecie ich grozic moglo umyciem sobie przez pomylke dupy zamiast twarzy(z powodu, rzecz jasna wszechogarniajacej ciemnosci). Nie chcac wiec ryzykowac drugiego juz w tym tygodniu mycia dupy, Rypkowski postanowil olac sprawe i zostawic barwy wojenne jeszcze troche dluzej. Ryzyko ewentualnego zarazenia wirusem HIV i tak juz dawno przekroczylo 700% wiec nie bylo sie co niepotrzebnie przejmowac. Najwyzej w domu zapewni sobie przyjemna kapiel w roztworze kwasu siarkowego i uranu z olowianymi babelkami. Jednak teraz nie przyjemnosci mu byly w glowie, a praca. Trzeba sie bylo w koncu dowiedziec co sie stalo z osiedlowym dealerem, a brak jakichkolwiek poszlak i pomyslow na nie sprowadzil go w to dokladnie miejsce, w ktorym Krzysiu sie wlasnie znajdowal. Po trzech sekundach namyslu i podtarciu tylka wstal ze sracza i postanowil cos w koncu zdzialac. Padlo na wciagniecie spodni i zapiecie paska. Okazala sie to byc niezla katorga, dlatego Rypkowski szybko doszedl do wniosku ze rozwiazanie zagadki osiedlowego dealera moze byc juz tylko prostsze. Nie mylil sie bardzo, gdyz toaleta, w ktorej sie znajdowal usytuowana byla nieopodal wejscia do klimatu. Przed wejsciem do niej musial wywiesic na drzwiach napis „out of service,” niestety znajomosc jezyka angielskiego w tym kraju jest tak slaba, ze kilka osob musialo przyplacic to zyciem. Sterta odresionych cial przelewala sie gora przez sciany jednej z kabin. „Moze nie chodzilo o znajomsc angielskiego?” pomyslal Krzys. Spojrzal jeszcze raz na tepe mordy wystajace znad kabiny. „Moze po prostu kwestia najzwyklejszego w swiecie analfabetyzmu i zrazu do literek?” Nie bylo co glupio kombinowac, Rypkowski poczul ze cos waznego zacznie sie dziac w kazdej chwili. Jego szosty zmysl pracowal na najwyzszych obrotach, podczas gdy siodmy dopiero sie rozgrzewal. Przez uchylone drzwi do lazienki zobaczyl kilka postaci przechodzacych przez wejscie dla vipow. Cos tu nie gralo. W momencie otwarcia drzwi, jakies watle swiatlo dobywajace sie zza drzwi ograniczylo znacznie ostrosc widzenia na noktowizorze. Zanim zdazyl go sciagnac zeby choc sprobowac zidentyfikowac postaci, drzwi trzasnely. Ostatnie promienie swiatla ktore dobiegaly zza nich byly krwistoczerwone. Ale skad tu swiatlo? Przeciez nie bylo pradu… Nie czas jednak byl i miejsce na takie trywialne pierdoly, wiec Rypkowski szybko ruszyl w strone wejscia dla vipow. Wymacal klamke po omacku, otworzyl drzwi i spojrzal w dol schodow. „Skad tu kurwa schody?!” pomyslal. Zdazyl katem oka zobaczyc dwoch lysych, niosacych jakis dziwny worek ze sterczacymi nogami. Zajelo mu chwile rozszyfrowanie zagadki sterczacych z worka nog, jednak zanim zdazyl ruszyc w pogon z shotgunem Gaussa rocznik ’79 w rece, uslyszal glosny lomot. Po paru chwilach caly widok obrocil sie o 90 stopni. Zobaczyl pare ciezkich, ochroniarskich glanow zaraz przed oczami. Zanim zdazyl sie odezwac, jeden z butow z gracja godna nosorozca w szpilkach wyladowal gdzies w okolicach splotu slonecznego. Nastapil obrot o kolejne 90 stopni. I kolejne. I kolejne. I jeszcze pare kolejnych, kazde nastepne duzo szybsze. Po okolo 4 obrotach i 20 schodach zorientowal sie, ze wlasnie stacza sie ze schodow. Grawitacja, na szczescie, jest tak cudownym wynalazkiem, ktory predzej czy pozniej doprowadza do kontaktu z dnem kazdej klatki schodowej nawet najtwardszych skurwieli tego swiata. Tak bylo i w tym przypadku. Rypkowski lezal wlasnie na dnie kretej klatki schodowej gdzies pod Sfera w rosnacej kaluzy wlasnej krwi. „Nie ma to jak profesjonalizm” tymi slowy skarcil sie w myslach i odplynal w mrok.

Z racji na fakt, ze nie jestem w stanie wymyslic solidnego zakonczenia dla Rypkowskiego, pozostawie ten temat otwarty. Prawie zapomnialem juz jak wygladalo moje blogowanie na poczatku i co chwile czuje chec napisania tu czegos. Czy to wyzalenia sie na trwajacy juz od niepamietnych czasow celibat, czy to poklniecia sobie na wszystko co mnie tylko wkurwia. A wkurwia mnie duzo rzeczy; nooby(to najbardziej), napisy na krowkach ktore wpierdalam siedzac przy kompie(„ktos o tobie mysli”? no ja ciez pierdolez), jakies tepaki na naszej klasie ktore chca mnie dodac do znajomych, mimo, iz na oczy zadnego nie widzialem oraz wiele, wiele innych rzeczy.
Nie pamietam kiedy ostatnio mialem cos konstruktywnego do powiedzenia, pare lat temu zauwazylem, ze dobrze mi ida glupie historyjki, ktorych potrafie rozpoczac multum – a zakonczyc? Zadnej :P
Ciekawa mysl o kobietach podaly mi ostatnio demotywatory – Love is a fist. The best way to woman’s heart is through her broken ribs. A moje o kobietach przemyslenia? Caly czas to samo, niezrozumialy gatunek kierujacy sie dosc przewidywalnymi wartosciami, ktorych zrozumiec mezczyznie ni chuja nie idzie. Ale co to kurwa, kacik zlamanych serc? Otoz niet, po prostu probuje wylac z siebie cos „na papier” zeby uzasadnic jakos nierobstwo ktoremu sie poddaje ostatnio dosc czesto. Gry komputerowe, najwiekszy pozeracz czasu w moim zyciu niestety wydaja mi sie coraz to bardziej atrakcyjne, a studia – moja przepustka do jeszcze paru lat przyjemnego zycia jakos nie potrafia zmobilizowac…
Straszna nachodzi mnie ochota na mord i to bynajmniej, nie ten komputerowy, a prawdziwy. Jak juz mialem okazje wspomniec tyle rzeczy mnie wkurwia na swiecie a zrobic z tym za wiele sam nie moge. Czasem zwykla, prosta mysl o wkreceniu komus srubokreta w szyje potrafi podniesc mnie na duchu przez reszte smetnego jak pizda dnia na uczelni. No, przynajmniej dopoki nie wpierdole sie spowrotem do samochodu, w ktorym to czekac bedzie na mnie Slayer, Raised Fist, Disturbed oraz inne, bardzo ulatwiajace uspokojenie(a mimo to wzbudzajace Road Rage) rodzaje muzyki.
I tak sobie pierdole bez celu, nie liczac nawet ze ktos to odczyta(bo gdziezby, to miejsce stoi opustoszale juz od jednego, jesli nie paru lat). Zdecydowalem jednak, ze wylewanie tu mysli moze byc calkiem przyjemnym sposobem na odstresowanie po calym tym w chuj nudnym tygodniu, ktory zapetla sie w kolko i kreci wokol tych samych rzeczy. Uczelnia – komputer – uczelnia – alkohol itd. Nie smiem nawet wspomniec o masturbacji, gdyz ta linijka rozciagnelaby sie na przynajmniej dwadziescia nastepnych(bez dodawania nowych pozycji!). Ale nie narzekam. Po prostu tak sobie pierdole probujac zaspokoic moje literackie zapedy w spodob inny niz pisanie essayu o dekonstrukcji Ravena E. A. Poe, czy kolejnej historyjki rozpoczetej gdzies w notatniku ktorej nigdy nie mam czasu, checi ani weny dokonczyc.
I tu wraca klopotliwa kwestia wystroju. Chcialem go ustawic juz w chuj dawno temu, ale jakos tak a)nie potrafie b)nikomu kogo znam sie nie chce i c)N w wyrazie PIĘKNY dalej zostalo niedokonczone(w tej sytuacji raczej dlatego ze boje sie dotknac to logo zeby go nie spierdolic przypadkiem). Wiec zostanie ten gowniany, bialo-czarny, prosty wystroj dopoki ktos mi nie powie: „hej, wyluzuj, zrobie to za ciebie” a jak wszyscy dobrze wiemy to nie nastapi. Dosc juz tego biadolenia, pora spierdalac na egzamin. Zycze wszystkim nieistniejacym czytelnikom milego dnia! Pierdolcie sie wszyscy ^^

Comming soon.

Rozdzial 7: Suma podzielnosci krasnoludkow przez liczby pierwsze oraz najnizsza wspolna wielokrotnosc wszelakich substancji odurzajacych.

 

Krasnoludki w tytule znalazly sie calkiem nie bez powodu. Otoz istnieje tradycja, stara jak swiat, ktora laczy wszystkich uzytkownikow ganji i hashu. Mianowicie co staje sie z drobinkami pozostalymi na lotnisku ktorych do lufy wpychac sie juz nikomu nie chce? Odpowiedz jest bardziej skomplikowana niz sie wydaje i wybiega znacznie poza waskie spektrum znaczeniowe zwrotu „eee tam, zostanie dla krasnoludkow.” Fakt faktem, krasnoludki od wielu, wielu pokolen zerowaly na tym wyrazeniu. Wyobrazcie sobie pewna sytuacje: mianowicie, ktos piecdziesiat razy wiekszy niz wy, bije na rece lufe wielkosci sredniej wielkosci drzewa. Sypia sie topy. A wy stoicie na dole, patrzac na olbrzymi monolit postaci nad soba jeszcze dodatkowo strzepujacy resztki zielonego gradu na haszcze dywanu tudziez wykladziny swego pokoju, zapewniajac tym samym palenia dla kogos tak malego jak wy na naprawde dlugo.

 

Krasnoludki korzystaja z umownosci tego zwrotu dzieki czemu wiekszosc czasu spedzaja na haju. Ponadto sporo tez korzystaja na tytoniu ktory niejednokrotnie razem z pylkiem ganjowym zrzucamy pod siebie. Nieliczni wiedza o ich egzystencji, jednak wiekszosc ludzi uwaza tych nielicznych za jebnietych cpunow. Krasnoludki tworza rozne mikroklimaty i cywilizacje, zaleznie od osoby z ktora zyja. Krasnoludki ‚typowe’(te, ktore nie dostaja dragow od wlascicieli) zazwyczaj siedza cicho i tylko wkurwiaja wlasciciela pokoju na przyklad tlukac srubami po kaloryferze noca, lejac mu do oczu kiedy spi, tak, aby rano obudzil sie jak najbardziej niewyspany, podpierdalaja male, niby nieistotne przedmioty, ktore nigdy tak naprawde nie wiadomo kiedy moglyby sie przydac, czy rozpylaja kurz po pokoju z czystej zlosliwosci. Krasnoludki ‚nietypowe’ maja z kolei w zylach krew akwizytorow i biznesmenow. Wiedza jak sie dobrze ustawic, zakladaja miasta pod wykladzina na ktora sypie sie im ziolo i tylko wychodza na dachy swoich domow zeby zebrac plon. Te krasnoludki sa mniej wredne, nawet i bywaja wdzieczne, czy pomocne. Podrzucaja wlascicielowi pokoju raz za czas rzeczy ktore sam zgubil dawno temu(co oczywiscie ma na celu spowodowanie, by ten z radosci zbil sobie lufe i troche im sypnal, ale coz… myslenie nie jest mocna strona zadnego gatunku krasnoludkow. Tak jak proba zaaplikowania ludzkiej logiki do czegos co mieszka w twoim dywanie i zywi sie okruchami twojego ziola), poluja na pajaki zamieszkale w jego pokoju, czy zbieraja drobne z podlogi i wrzucaja mu je do kieszeni. Tak, bywaja one bardzo zlosliwe albo i bardzo przydatne. Ale dosc juz pierdolenia o krasnoludkach.

 

Rypkowski dalej byl w dupie. Zadnych solidnych poszlak. Zadnych swiadkow. A do tego jeszcze lekki kac, nie dosc ze zwykly, to i moralny, paru podejrzanych i niewyobrazalna chcica. Zeby sie upewnic musial zapuscic sie do zrujnowanej czesci miasta, a tam, jak juz wiadomo bez maczety i Shotguna Gaussa rocznik ’79 lepiej nawet nie marzyc o wchodzeniu. Ale kamuflaz tez nie bylby najgorszym pomyslem, dlatego wlasnie Krzysiu mial w plecaku troche zelu i jeden ze swych awaryjnych pedalskich sweterkow. Szybko wbil sie w jedna z bram przy Barlickiego. Przegladajac sie w szczatkach jednego z rozwalonych okien na podworzu kamienicy szybko zaaplikowal zel w calkiem sporej ilosci i narzucil awaryjny sweterek. Maczete ukryl w uprzezy pod lewa nogawka. Shotgun Gaussa rocznik ’79 wydawal sie nieporeczny, wiec Rypkowski przestawil go na opcje samopowtarzalnego, czterolufowego obrzyna z przelacznikiem na miotacz ognistych czaszek i mini-BFG 5000 rozpierdalajace wszystko i wszystkich wokol w zaledwie ulamku sekundy,* ktorego o wiele latwiej bylo zczaic niz wersje standardowa. Upchnal go jakos w kaburze na prawej nodze i przyslonil poszerzana nogawka swych spodni. Raz jeszcze przejrzal sie w szczatkach okna, wyciagnal lufe i zapalniczke, wzial kilka glebokich wdechow i po raz kolejny przemyslal swoja sytuacje. Musial udac sie do Klimatu, aby rozwiac swoje watpliwosci co do Pieknego. Ten w jego oczach wyladowal w czolowce podejrzanych, ale byl kumplem. To utrudnialo podjecie trzezwej decyzji, wiec Rypkowski musial po prostu zaufac swojemu przeczuciu, ze Piekny nie mial z tym nic wspolnego i pojsc na praktycznie samobojcza misje, szansa na powrot z ktorej byla nizsza niz na przezycie upadku na asfalt wylozony kruszonym szklem z 200 metrow. Musial teraz wejsc w paszcze lwa, outsider posrod „tej klimatycznej” czesci wspanialego Imperium Bielsko-Bialskiego, a tego nie mozna bylo zrobic na trzezwo. Przylozyl lufe do ust i odpalil. Zadnego tytoniu, bo teraz dlugo nie bedzie mogl zapalic nastepnej. Wszystkie komorki jego ciala ogarnela boska moc cudownej zieleni. Krew nasycila sie tetrahydrokannabinolem, wzrok, sluch i wech wyostrzyly sie. Teraz szanse na powrot staly sie znacznie wieksze(mniej wiecej niczym szansa na przezycie upadku na asfalt wylozony kruszonym szklem ze 150 metrow, ale zawsze to cos). Plecak ukryl w krzakach po wyjeciu z niego paru niezbednych rzeczy. Stal teraz przygotowany na wszystko, uzbrojony w maczete, Shotgun Gaussa rocznik ’79 przelaczony na opcje samopowtarzalnego, czterolufowego obrzyna z przelacznikiem na miotacz ognistych czaszek i mini-BFG 5000 rozpierdalajace wszystko i wszystkich wokol w zaledwie ulamku sekundy,* kastet, kieszonkowy noz oraz pas Amunicji Gaussa zczajony pod rozpinanym, pedalskim awaryjnym sweterkiem Rypkowskiego, wewnetrzne kieszenie ktorego wypchane byly iloscia C-4 wystarczajaca by wybic ksiezyc z orbity. Nazelowane wlosy odbijaly ostatnie promienie zachodzacego slonca. Zapowiadala sie naprawde ostra rozpierducha.

 

Wizyta u Pieknego byla jak kazda. Pomijajac oczywiscie fakt, ze jego mieszkanie przypominalo cos czego nie spodziewasz sie ogladac nawet na MTV w jakims tepym programie o domach gwiazd. Ale poza tym wizyta przebiegla standardowo. Przed TV, browarek z lodowki(sam jeden mial ten przywilej, cala reszta musiala browar sobie przyniesc badz kupic[jakby to w moim zdegenerowanym swiecie mialo chocby cien znaczenia]), wywalony na kanapie razem ze slynna Labiryntowa Loza Szydercow. Byly tam najbardziej zapijaczone mordy po tej stronie polkuli polnocnej. Krol Żuli, Marecky, wyglaszal oredzie do bandy(innymi slowy opowiadal jak to sie ostatnio napierdolil i wszystko co sie wtedy dzialo[to co pamietal znaczy]), Krzysiu jednak nie sluchal go ani w chuj. Zajety byl kombinowaniem jak wymigac sie od pojscia do Klimatu. Z gory zszedl po pewnym czasie Piekny, ale w towarzystwie. Dwie, dosc wyzywajaco odziane kobiety calkiem nienajgorszej urody i postury (niby, ze piekne i zgrabne, ale po chuj to pisac w tak prosty sposob?); jedna ubrana dosc formalnie, pozostawiajac spore pole do manewru meskiej wyobrazni, a druga dosc skapo i latexowo, pozostawiajac naprawde niewielkie pole do manewru meskiej wyobrazni. Efekt wzmocniony byl Shotgunem Gaussa rocznik ’98 przewieszonym przez plecy i Desert Eaglem MK XIX w kaburze na biodrze. Piekny szepnal pare slow w ucho jednej z nich(po ubiorze wywnioskowac mozna bylo iz jest jego asystentka, i to taka o jaka trudno nawet w pornosach z najwyzszej polki) po czym podeszla do detektywa kladac na jego ustach pocalunek ktory ozywilby zwloki i zmusil je do wytanczenia kankana mimo doglebnego rozkladu lewej i calkowitego braku prawej nogi.

- Czesc Moniu – rzucil detektyw z trudem, walczac z nachodzaca go checia tanczenia kankana chocby i nawet do usranej smierci(a jak juz wspomnialem pewnie i dluzej). Czul rosnacy w spodniach niepokoj ktory zwalczyl, jakze finezyjnie, udajac iz drapie sie po jajach. Po krotkiej gadce-szmatce ktora zawsze zawiazywala sie miedzy nim a reprezentantkami plci przeciwnej jego spojrzenie powedrowalo w strone drugiej towarzyszki Pieknego, ktory akurat zajety byl opowiadaniem po raz dziewiecsetny tego samego kawalu, ktorego jak sie zdawalo nikt jeszcze nie slyszal badz nie zdazyl zapamietac. Puscil oczko ciemnowlosej dziewczynie odzianej na tyle na ile bylo trzeba by mozna bylo stwierdzic jej zamilowanie do perwersji. Jednak w ramach odpowiedzi doczekal sie jedynie zimnego, beznamietnego spojrzenia ktore az zmrozilo krew w jego zylach i inne plyny ustrojowe w miejscach gdzie to plyny ustrojowe maja w zwyczaju plywac. Poczul szturchniecie w bok i odwrocil sie by zobaczyc krzywa morde Pieknego.

- Moze was poznac?

- Eeeee, czemu nie? – odparl Rypkowski nadal wpatrzony w miejsca gdzie jego wyobraznia nie musiala pracowac za bardzo, choc mimo wszystko pracowala pelna para.

Piekny podszedl do niej, usmiechnal sie glupawo w jej strone co(przynajmniej w mniemaniu Rypkowskiego) spowodowalo jej pierwsza reakcje na jakikolwiek bodziec zewnetrzny, ktora byl bardzo przyjazny usmiech w strone Pieknego.

- Rypkosky – zaczal wzniosle – Poznaj Asixona T-1000.

- Ze jak?

- Poznajcie sie, ona nie gryzie… No, przynajmniej dopoki jej o to ladnie nie poprosze, hehehehe…

Krzysiu wysunal niepewnie reke w strone Asixona T-1000. Poczul chlod jej dloni, a bol po miazdzacym uchwycie dopiero kiedy odzyskal czucie w palcach. Piekny podszedl do niej, zlozyl reke w piesc i zastukal kilkakrotnie w pozornie jedrny i niepozornie polnagi posladek. Dalo sie uslyszec metaliczny stuk troche stlumiony warstwa skory.

- Lity tytan. 20 lat gwarancji. Zywotnosc baterii około 250 lat. Poznajcie sie jeszcze raz. Rypkowski, Asixon T-1000, szefowa ds. ochrony Pieknego. Asixon, Detektyw Krzysztof Rypkowski.


Detektyw Rypkowski znajdowal sie w nienajprzyjemniejszej sytuacji. Wiedzial, ze ludzie z ‚lepszej’ czesci Bielska tutaj atakowani byli bez ostrzezenia, wiec nie mogl ryzykowac. Wiedzial takze, ze ludzie z ‚tej’ czesci Bielska byli rownie zagorzale atakowani w tej ‚lepszej’. Musial wiec wrocic ta sama droga by moc przebrac sie spowrotem. Teraz powoli, spokojnie przemieszczal sie po dalszej czesci Barlickiego. Bacznie obserwowal kazde mijajace go scierwo. Nachodzily go dziwne mysli, na przyklad czy bedac przebranym za scierwo, czlowiek sam staje sie scierwem, albo na jak wielkie scierwo wygladalby po bezpieczniejszej stronie miasta, ale szybko rozwial te mysli. Nie mogl sie dekoncentrowac, bo moglby to przyplacic zyciem. W tym miejscu zdradzilby sie jakakolwiek oznaka myslenia, wiec lepiej bylo nie myslec za duzo. Najbezpieczniej bylo sprowadzic tok myslenia na bardziej prymitywny… tor: „kolejne scierwo mnie mija. I nastepne. O, jeszcze jedno.” Krzysiu wiedzial, ze predzej czy pozniej i tak sie zorientuja, ale musial sie przebrac by jednak nie bylo to predzej. W koncu przypominal mniej wiecej wilka w stadzie owiec zakamuflowanego jedynie welniana czapka, a owce chyba az tak tepe nie sa zeby sie nie polapac. Zatrzymal sie wiec. Kropla potu splynela mu po skroni. Jedno mijajace go wlasnie scierwo zweszylo ten zapach i zatrzymalo sie obok niego.

- Te kurwa, co sie tak krzywo gapisz, he?! – powiedzialo – Ustawka?!

„Kurwa” pomyslal „a szlo tak pieknie”

- No dajesz cwaniaczku – odparl po dokladnie 0.43 sekundy milczenia Rypkowski.

- Lepiej nie cwaniaku… uuuurwaaaa! AAAAA!!! – jego noga wyladowala dymiac po drugiej stronie ulicy – Nie, przepraszam, nie chcialem, nie rob tego ziom, litos…

Przerwal mu drugi wystrzal z Shotguna Gaussa uprzednio przestawionego na czterolufowego obrzyna, z tym, ze ten zamiast urwania zaledwie jednej nogi wyrzadzil znacznie wiecej szkod w jego twarzy i okolicach, gdzie powinien znajdowac sie mozg, a takze w potylicy ktora zdematerializowal doszczetnie. Bezksztaltna masa jaka stanowila teraz jego glowa do reszty rozpackala sie po chodniku gdy nia wen pierdolnal.

- Litosc jest dla slabych… – Rypkowski parsknal – …ziomus.

Tej zimy. (ZAJEBISTY EFEKT DZWIEKOWY KTORY JAKOS TRZEBA ODDAC TEKSTEM<WZIUuUM!!>)Najwiekszy detektyw naszych czasow, Krzysztof Rypkowski powroci w szostej czesci swych przygod. Czy uda mu sie rozwiazac zagadke porwania osiedlowego dealera? Czy uda mu sie przezyc w postapokaliptycznej wizji swiata stworzonej przez rezysera Pieknego? Jakie znaczenie dla historii odgrywa inskrypcja wyryta na Shotgunie Gaussa rocznik ’79? Kim tak naprawde jest Piekny? Co Rypkowski musi zrobic, aby wszystko skonczylo sie zielono? Czy uda mu sie w koncu cos zadupczyc? I czy wiecie o co kurwa chodzi z tymi jebanymi krasnoludkami?!

Odpowiedzi na te pytania padna juz niedlugo w vol.6.

COMMING SOON

One man.
One desire.
Rypka, this winter is
(NOOOOOOOOOOOOO!!!! Boom!!)
Detektyw Krzysztof Rypkowski

COMMING SOON

Rozdzial 5: Srednia oczekwialnosci nieoczekiwania

Matematyka, geometria, geografia powierzchni plaskich, geografia powierzchni nieplaskich, chemia, zarowno organiczna jak i nieorganiczna i wreszcie fizyka. Tyle rzeczy musi brac pod uwage przecietny jaracz ziola podczas zbijania lufy. Wiaze sie z tym kilka malych zasad, swego rodzaju kodeks. Matematyka sluzy do prostych czynnosci – ile wsypac na lufe, ile dodac tyty, ile jeszcze zostalo i na ile luf sie jeszcze to przeliczy. Geometria natomiast, przydatna jest w szacowaniu predkosci jaka zajob pokonac musi od plomienia zapalniczki, poprzez odcinek lufy do ust jaracza. Geografia powierzchi plaskich sluzy do oszacowania zdatnosci tzw ‚lotniska’ do wysypania nan zawartosci swego cudownego woreczka(nie mowie tu o jadrach, zeby se kto podczas zbijania nastepnej lufy jajec nie rozprul przypadkiem). Mozna by tak bez konca, ale Rypkowskiemu nie przeszkadzalo wymienianie tego wszystkiego podczas butowania do centrum, bo to wlasnie w tym momencie robil. Spojrzal raz jeszcze na kawal papieru popisany czarnym, drukowanym, dlugopisowym pismem. Otworzyl kartke raz jeszcze. Na mniej bialym(bo czarnym) tle kartki widnialy mniej czarne(bo biale) i mniej pisane(bo drukowane) napisy, o tresci znacznie szerszej niz na odwrocie.
Zapraszamy na rasistowsko-antysemicko-alkoholizacyjne sobotnie wieczorki poetyckie u Pieknego :D Stroje zwykle. Poncz i ciastka na koszt firmy. Browar wlasny. [ponizej podano adres w centrum miasta]
Ta emota ‚:D’ nie zapowiadala nic dobrego. Rypkowski widzial juz takie na zaproszeniach do Klimatu i ludzie ktorzy tam wchodzili nie wychodzili juz tacy sami. Jakby ktos wyssal im mozgi przez slomke. Ale nie bylo to teraz istotne. Zblizal sie do ZWMu. Chujowosc tego placu po dosc dawnym remoncie siegala poziomem, a nawet wyprzedzala o kilka lat swietlnych odczuwana jedynie przez niektorych wybrancow naszego swiata chujowosc faktu bycia szambonurkiem. Ale musial sie przez niego przedrzec. Przydalaby mu sie deska, bo ZWM po remoncie przypominal takze skatepark, czy jakis inny jebany tor przeszkod. Pomijajac chujowosc, tego, jakze chujowego, placu Krzysiu zwrocil uwage na opustoszalosc okolic Rynku i Wzgorza. Nigdzie nie bylo zywej duszy, chociaz na wyzszych pietrach palily sie swiatla. Wszystkie knajpy, jak Waga, PRL, Grawitacja, Przypadek i inne okoliczne badziestwa popadly w niebyt. Miejsca gdzie sie wczesniej znajdowaly staly teraz puste, straszac przechodniow mroczna otchlania swoich zdradzieckich okien i drzwi. Na scianach, naokolo niektorych drzwi i okien widac bylo slady pozaru. Przy innych okna byly zwyczajnie wytluczone, a drzwi wybutowane z zawiasow i ewidentnie skopane na ziemi, kiedy lezaly bezbronne. Przy jeszcze innych, okna i drzwi byly na swoich miejscach, ale czulo sie swad smierci i palonych mandarynek ulatniajacy sie z wnetrz. Trzy rzeczy nie dawaly mu spokoju w tym momencie. Pierwsza – co do ciezkiej cholery sie tu stalo, przeciez byl tu niedalej jak przedwczoraj? Druga – dlaczego co pare minut przecina mu droge dziwny, okragly toczacy sie z predkoscia wiatru krzaczek rodem z westernu? Oraz trzecia – dlaczego pomimo ewidentnego braku knajp caly czas slyszy wydobywajaca sie skads ciezka, agresywna i dosc szybka muzyke metalowa? Te rzeczy musialy poczekac. Rypkowski chwycil za maczete i wyciagnal ja powoli, tak by nie uszkodzic sobie nowego paska. Popatrzyl raz jeszcze na kartke od Zwoltysha. To ten adres. Spojrzal w gore. Zastanowil sie przez chwile, dlaczego nie zauwazyl dwoch jeszcze wiszacych szyldow knajpianych. Po lewej widnial ‚Bazyliszek Pub’ a po prawej wystajacy nad polowe ulicy „Pod niszczycielskim destroyerem of worlds, rozpierdalatorem of shit and zgniataczem czaszek, Pieknym”.
- Hmm… chyba musze sobie sprawic okulary – powiedzial Rypkowski do siebie.
Faktycznie, przydalyby sie, zwazywszy na fakt, ze ten szyld byl jebaaany. Krzysiu szybko o tym zapomnial i przypomnial sobie proroczy napis Drugi dzwonek od gory. Nieopisany. Popatrzyl na domofon. Na samej gorze widnialo napisane dlugopisem Chiqo. Drugi dzwonek od gory byl nieopisany. Ponizej pisalo Bar. Zadzwonil wiec na drugi dzwonek od gory.
- Kto tam?
- Otwieraj szmato, to ja.
- Rypka? Stary juz otwieram… Kurwa ale cie tu nie bylo…
Bzyczenie zamka. Przyciagniecie drzwi. Mocne, szybkie pchniecie – drzwi otwarte. Po otwarciu muzyka wystrzelila mu prosto w bebenki. Dlugo juz nie sluchal metalu. A to byl Slayer. W korytarzu ustawione byly stoliki. Ludzie siedzacy przy nich nie wygladali jakby muzyka specjalnie im sie podobala, ale tez jakby nie mieli innego wyjscia niz siedziec tu. Tu, albo w Klimacie. Bazyliszek byl teraz polaczony z tym korytarzem szeroko otwartymi drzwiami z czego droga dedukcji i nadinterpretacji Rypkowski wyciagnal, ze musialo dojsc do asymilacji. Ruszyl wzdluz korytarza. Na koncu, na drewnianych drzwiach po prawej widnial wyryty wielkimi literami napis DHC – CMF. Przed nim natomiast zielone, rozklekotane drzwi. Otworzyl je i ruszyl waskim korytarzykiem przed siebie.Muzyka scichla mu za plecami i ustapila innej, wydobywajacej sie z okna na podwroku do ktorego doszedl. Muzyka z okna mogla sie Rypkowskiemu spodobac. Jednak twarz bez wyrazu nie dala tego po nim poznac.

Rozdzial 6: Poczekalnosc oczekiwania podobienstwa i z dawna oczekiwane(tak dla odmiany) spotkanie

Piekny wiedzial jak sie urzadzic. Odziedziczyl mieszkanie od swojej rodziny na spolke z Harasiem i zyli w tu w zgodzie. Otworzyli wspolnie knajpe, ale tylko Piekny sie nia zajmowal, stad nazwa. Haras natomiast razem z Chiqo Mafia Family zajmowal sie ‚ochrona’ i ‚negocjacjami’ z konkurencja. Przez ‚ochrona’ mam na mysli nic innego jak faktyczna ochrona. Przez ‚negocjacjami’… no coz, widzieliscie jak wyglada Rynek, wiec co tu bede dlugo tlumaczyl. Bazyl zostal jedyna knajpa ktora nie wyleciala z biznesu, tylko ze wzgledu na sentyment do piatkowego happy hour. Po dzis dzien, w kazdy piatek spotyka sie tu elita Bielska na tanie piwo w milym nastroju. Jednak sa elity nizsze i wyzsze. Elita wyzsza, najbardziej zaufani klienci i najczestsi bywalcy spotykali sie w dalszej czesci knajpy. Mianowicie w domu Pieknego.

Klimat zrobil mniej wiecej ten sam manewr, wywalajac z biznesu druga polowe miasta. Z niewiadomych powodow ludziom z rodziny Chiqo nie udalo sie ich zastraszyc, wykupic, czy nawet wymordowac. W koncu ich chronili Spartanie. Nic nie wiadomo o mrocznych procederach odbywajacych sie w matni Klimatu, gdyz ludzie wychodzacy stamtad sa niczym zombie. Nazelowane, skapo ubrane kukly nawet juz nie przypominajace ludzi. Dlatego wlasnie ta czesc miasta byla niedostepna. Jedynie beskidzkie dresy zapuszczaly sie tam bez zadnego uszczerbku na inteligencji. Kolejne z miejsc, gdzie lepiej nie pokazywac sie zanim nie uzbroisz sie przynajmniej w maczete i Shotgun Gaussa rocznik ’79.

Detektyw stal przed zielonym budynkiem. Muzyka tlukaca go niczym mlot pneumatyczny po mozgu zrobila sie glosniejsza. Wszedl do budynku po chwili wahania. W drzwiach przywital go z wyciagnietymi ramionami sam wlasciciel.
- Rypkowski szmato ty moja!
- Piekny, moja dziweczko!
Po niepoprawnej politycznie scenie przywitania Rypkowski wszedl do srodka. Zmienilo sie tu nie do poznania. Przestrzen mieszkania jakby sie poszerzyla o przynajmniej jedna sasiednia kamienice. W bylym ogrodku Galerii byl teraz basen i jacuzzi. Przyjemny polmrok dawal poczucie satysfakcji z zycia, a spokojna chilloutowa muzyczka tworzyla idealny wrecz klimacik do palenia. Kominek pod sciana dawal przyjemne ciepelko, a ogien wesolo podskakiwal na drewienku don wrzuconym przez jakiegos jucznego bambusa w stroju kamerdynera.
- Co jest Piekny, moze skoczymy na peto? – rzucil Krzysiu i chwycil za klamke drzwi wejsciowych.
- Spoko, mozesz palic tutaj. Ja nie pale.
- No chodz – dodal wymownym spojrzeniem mowiacym nic innego jak „mamy do pogadania kolego”.
- OK
Po chwili obaj wyszli, przyciagajac podejrzliwe spojrzenia wyzszej elity miasta Bielsko-Biala.
- Co jest Rypkosky?
- Sprawa mnie tu sciaga. Zwoltysh twierdzi, ze mozesz cos wiedziec o niedawnym porwaniu.
- Czekaj, nienawidze zalatwiac takich spraw na trzezwo. Co powiesz na grzybka?
- Sie wie Piekny, sie wie.
Jako zostalo powiedziane, tak i zostalo uczynione. Po 3 szybkie machy i po sprawie.
- Doszly mnie sluchy – powiedzial na bezdechu Piekny – ze urzad nie dal… – wydech – licencji na palenie w miejscu publicznym. Badaj to.
Piekny wyciagnal swoja licencje. Rypkowski przyjrzal sie jej dokladnie i oddal wlascicielowi.
- Jak chcesz idz pogadaj z Harasiem, on to troche przyspieszy, jesli wiesz o czym mowie, hehe.
- Jasne. Wracajac do sprawy…
- Poczekaj – ucial mu Piekny – chodzmy moze lepiej do srodka na jakiegos browara, nawet sie nie przywitales z ekipa smieciu.
- To wazne…
- Poczeka. Savoir-vivre najpierw. Wez sobie browarka i rozgosc sie. Mam pare spraw do zalatwienia u siebie w biurze.
- No dobra.
Weszli spowrotem do srodka, ale zaraz po wejsciu uwage Pieknego przykula inskrypcja na Shotgunie Gaussa rocznik ’79 wiszacym na plecach detektywa.
- Dalej go masz? – zasmial sie tepawo – Ja juz dawno zalatwilem sobie model ’99. Jest niezawodny, musimy kiedys razem postrzelac. A i mysle, ze nawet dzis bedzie okazja. Idz tam do nich, przywitaj sie zanim cie wypatrosza wzrokiem za brak taktu. Zaraz do was dolacze.
Nie dajac Krzysiowi mozliwosci odpowiedzi, Piekny ruszyl na gore. Rypkowski raz jeszcze przelecial cale pomieszczenie wzrokiem(i zeby nie bylo, to tu faktycznie chodzi o to, ze wszystkie atrakcyjne panny Rypkowski tak naprawde przerznal wzdluz i wszerz wzrokiem nie zwracajac najmniejszej uwagi na wyglad pomieszczenia). Podszedl do sporego stolika z paroma kanapami i fotelem ustawionymi wokol. Siedzialy tam najwieksze mety spoleczne tego kraju, same typy spod ciemnej gwiazdy. Na stoliku lezal napis REZERWACJA z logiem knajpy Labirynt, bedacy jedyna namacalna pozostaloscia po tym miejscu, zwiazana z faktem wykupienia lokalu, wypedzenia wlascicieli, przejecia klientow i czesci oblsugi oraz wysadzeniu w powietrze calej ulicy na ktorej sie znajdowal ku przestrodze.
- Labiryntowa Loza Szydercow wita pana Rypkowskiego!

Rozdzial 4: Nieoczekiwany i malo zwrotny zwrot w akcji

I stalo sie oczywistym, ze Rypkowski jest, ze tak skromnie powiem w dupie. Pierwszy informator podal mu zaledwie namiastke gowno wartej informacji ktora i tak już znal. Albo byl za tepy zeby cos z niej wydedukowac, albo nie bylo tam nawet nic do dedukowania. I chociaz inteligencja nie byla najmocniejsza strona tej nocnej maszkary, to na psychopatach, seryjnych mordercach i pornolach znal się calkiem dobrze. Problem jedynie w tym, ze informacje o psychopatach i seryjnych mordercach sa zbedne w prawidlowym funkcjonowaniu organizmu osobnika plci mesiej po dwudziestce oraz troche mniej(chociaz jednak mniej) istotne w tym sledztwie, a na pornolach to i Rypkowski znal sie calkiem nienajgorzej, jesli nie lepiej. Krzysiu szedl wlasnie przez osiedle z nieopalona lupa w dloni, zagladajac jej w dupe i patrzac co jest po drugiej stronie, nabierajac coraz to wiekszej checi, zeby ja jednak opalic. Panie i panowie, nie oszukujmy sie – tak tez uczynil. Shotgun Gaussa rocznik ’79 miał wiele wypasnych funkcji, bajerow i gadzetow, recznie instalowanych przez wlasciciela na przestrzeni wielu lat. Uzyl funkcji kuchenki gazowej, azeby lufe szybko opalic i nie robic sobie przypalu. Na Shotgun Gaussa rocznik ’79 miał zezwolenie, ale urzad miasta Bielsko-Biala przeciagal wydanie licencji na palenie nielegalnych substancji oduzajacych w miejscach publicznych. Chcac nie chcac musial byc wyjety spod prawa. Opalowy klimacik wkrecil go w laczenie faktow i zastanawianie się nad aktualnie prowadzona sprawa. Mozg zresetowal sie i przeszedl z poziomu zwyczajnego na poziom detektywa na przestrzeni zaledwie sekund. Rypkowski przemyslal jeszcze raz wszystkie fakty i przewinal obraz(nie wspominajac juz o dzwieku) zarejestrowany przez jego pamiec.

- Co wiesz o Henku? – spytal opuszczajac maczete.
Zwoltysh nie odpowiedzial od razu. Szarpnal gwaltownie glowa w prawo. Potem w lewo. Potem spojrzal wprost na lufe i wywalil jezor. Ilosc sliny jaka zaczal wydzielac wystarczylaby spokojnie żeby utopic w niej wieloryba czy jakiegos innego drapieznego gada.
- Zwol, nie mam czasu na glupoty, gadaj co wiesz.
- BLEAH! – odparl Zwolysh caly czas tepo wlepiajac wzrok w juz nabita lufe.
- Dobra cepie, zapalimy zaraz jak powiesz mi co wiesz.
Cisza. Otepialy wzrok caly czas skierowany na lufe.
- Zwolak, dziwko, albo powiesz mi co chce wiedziec, ja wyciagne zapalare i przycmimy sobie w spokoju, albo wezme to – Rypkowski uniosl znow maczete – i wsadze ci to tak gleboko w dupe, ze bedziesz se mogl polizac ostrze!
Zero reakcji… No, może poza nerwowym tikiem jego powieki i wzmozeniem wydzielania sliny.
- Dobra, wygrales. – Z tymi slowy na ustach Rypkowski odpalil lufe i sciagnal soczystego pafa.
- YEAH! – zakrzyknal Zwoltysh. Wyrwal mu lufe i sciagnal cala reszte jednym solidnym haustem.
- A teraz gadaj psie co wiesz.
- Sciagnalem wczoraj fajnego pornosa…
- Zamknij dupe! Jak bede chcial twojej ekspertyzy w pornosach to o nia kurwa chyba spytam, nie?!
- Fajna dupa tam grala, niezle miala balony…
- W dupie mam blondynki i cyce, chce wiedziec o Henku ty tepa szczalo!
- … a jak ja gosciu rznal to obijaly jej sie o morde – po tych slowach rozesmial się glupkowato – jakbys zobaczyl jak sobie podbila sutem oko!
- Zwol… nie wytrzymam. Jak chcesz, zebym kiedykolwiek jeszcze cokolwiek ci zmontowal to gadaj. Inaczej tylko marnuje tu moj czas.
- A w ktoryms momencie jak sie jebia to przylazi pies i zaczyna ja zapinac od tylu! Staaary ale mialem polew.
- Dosyc. Ide bo nie moge juz sluchac tego pierdolenia.
Zwoltysh wydal z siebie jedno BLEAH i jedno YEAH, wsadzil reke do kieszeni, wyciagnal zlozony na pol, kwadratowy kawalek papieru z czyms napisanym na odwrocie. Usmiechnal sie glupkowato i juz mial wskoczyc spowrotem w mrok z ktorego tak niespodziewanie i nadzwyczaj cudownie sie wylonil, kiedy jego uwage przykula inskrypcja na kolbie Shotguna Gaussa rocznik ’79 wiszacego na plecach Krzysztofa. Wskazal na nia palcem i znow zasmial sie glupkowato.
- Ckliwy napisik. Do nastepnego – dodal na zakonczenie.
- Tys tam dupcyl – Rypkowski odwrocil się i ruszyl przed siebie. Po ostatnim, najglosniejszym BLEAAH!!! stanal jak wryty – Przypomina mi o…
Nie dokonczyl. Gdy odwrocil glowe Zwoltysha juz nie bylo, a kawalek kartki z jego kieszeni ruchem powiewajaco-nawiatrowym upadl na ziemie zaraz pod jego nogami.
Drugi dzwonek od gory. Nieopisany.
Napisany czarnym dlugopisem i drukowanymi literami tekst o czyms mu przypomnial. Nie mogl jedynie sobie przypomniec co to moglo byc.

Rozdzial 3: Zajebiscie oczekiwane oczekiwanie

Taaaaak… Kto by wtedy przypuszczal? Bo ktoz mogl przypuszczac, ze zwykly osiedlowy cpun i alkoholik imieniem Krzysztof tak wszystkim zapadnie w pamiec? Powiem wam jedno, ja kurwa napewno nie i zaden z was ciuli tez nie, bo polowa nawet sie nie urodzila kiedy ta historia miala miejsce. Dobra, moze Zenon. No dobra, bo wy psie syny wszedzie razem lazicie, wiec Eustachy chyba tez. No dobra, Olgierd mogl, bo w tych czasach to mi kible czyscil. No, wiec poza mna, Zenonem, Eustachym i Olgierdem zaden z was tepe szczaly o tym nie mogl… ze co kurwa?… a ty gdzie niby wtedy… aha, dobra. No wiec poza nami mogl to widziec jeszcze Staszek i Benek. Czyli ja, Zenon, Eustachy, Olgierd, Staszek i Benek, i nikt wiecej… a ty zamknij ryj pierdolcu, nie widziales!!!(barman siegnal pod lade, wyciagnal strzelbe i wycelowal w jednego z pijaczkow) Zaden z was kurwa nie widzial, zrozumiano?! I nie przerywac bo wam z tylkow takie sita zrobie ze do konca waszych juz wlasciwie niebawem sie konczacych zywotow bedziecie srac wlasnymi plucami i rzygac przez nosy! No wlasnie(atmosfera rozluznila sie gdy strzelba powedrowala spowrotem pod lade). Aha, no i dajcie jeszcze jedno peto… Jak juz nam wszystkim wiadomo, Krzysztof Rypkowski byl niezawodnym prywatnym detektywem funkcjonujacym na terenie naszego cudownego osiedla Beskidzkiego. Byl wysokiego wzrostu, niebrzydkiej mordy z ledwie zauwazalna nutka kaprawosci, szczuplej budowy i nigdy przez nikogo w tej knajpie niewidzianego chuja… zamknij ten kurwa jebany ryj! Nie widziales kurwa!!!(tym razem strzelba spod lady zostala uzyta)… i zeby nikomu wiecej nie przyszlo do tepego lba mi przerywac… I KTO MI KURWA DA W KONCU OGNIA?! Co sie tak gapicie matoly?! No, dzieki Zenek. Gdzie ja to kurwa jego przekleta, zajebana w dupsko lokciem mac skonczylem?

Kwestia Rypkowskiego byla dosc problematyczna. Henryk, wedlug tego co mowily dresy zniknal wczoraj. Paru tepaczkow twierdzilo, ze widzialo pomaranczowego malucha mniej wiecej na 5 minut przed umowionym z Henkiem dealem. Na umowionej lokacji znalezli pare zebow i kilka malych kaluzy krwi. Po mniej wiecej 8 godzinach i 24 minutach doszlo do nich co sie stalo i ruszyli swoje skretyniale dupska do DOWN-a* gdzie sprawe przedstawili z przerazeniem w oczach i szybko zbierajaca sie furia w dupskach. Znaczy w glosach. Po 13 godzinach i 49 minutach w koncu udalo im sie zamknac mordy, na prosbe wielkiego DOWN-a** ktory w pore zauwazyl, ze o porwaniu byly zaledwie ostatnie 2 i pol godziny tej zenujaco tepej wypowiedzi. Pech chcial, ze informacje przekazalo dwoch najwiekszych na osiedlu DOWN-ow*** a cala narada skladala sie z DOWN-ow**** niemniejszych. Zanim informacja trafila do Rypkowskiego miejsce zbroni bylo juz zbyt zimne zeby w ogole tam lezc. Niezawodne sluzby porzadkowe miasta Bielsko-Biala juz napewno posprzataly wszystkie dowody. Pozostala wiec wycieczka po osiedlu w poszukiwaniu kilku informatorow.

Pierwszy na liscie byl Zwoltysh. Krzysiu ostatnio widzial go jakies pol roku temu, gdyz Zwoltysh zszedl na zla droge. Mieszkal w Komorowicach, wiec dziwnym bylo, ze szwedal sie caly czas po Beskidzkim. Problem polegal na tym, ze i Zwoltysha nikt nie widzial juz od bardzo, kurewnie wrecz dlugiego dawna. Trzeba bylo wiec szukac, na liscie ekskluzywnych informatorow byl najlatwiejszy do znalezienia. Krazyly sluchy, ze stal sie niczym cien, mknal od jednej klatki schodowej do drugiej noca, napadajac czasem na slabsze okazy osiedlowych mieszkancow zeby ukrasc im ich ziolo. Niebezpiecznie bylo zapuszczac sie w osiedle Beskidzkie noca bez przynajmniej maczety i Shotguna Gaussa rocznik ’79. Rypkowski wiedzial co robic, slyszal historie o Zwoltyshu. Usiadl w jednej ze slabo oswietlonych klatek schodowych. Wyciagnal giecika i zaczal zbijac nowiutka, czysciutka lufke.
Szmer. Jakby cos za plecami. Serce zaczelo mu bic szybciej. Zwinal woreczek i schowal do kieszeni. Cos oprocz niego tu bylo. Cos… nieludzkiego. Krzysiu lekko usmiechnal sie kacikiem ust, ale pozostal w bezruchu. Polknal przynete.
- BLEAH!!! – rozleglo sie dziwne zawolanie z mroku – BLEAAHAHAAHHH!!!
Nie bylo czasu na odpowiedz. Zreszta, rozmowy na temat polityki bardzo nudzily Rypkowskiego. Szybkim ruchem wyszarpal maczete zza pasa co spowodowalo jego rozciecie i prawie-zlecenie gaci, jednak w ostatniej chwili Rypkowskiemu udalo sie przytrzymac spodnie. Maczete skierowal w strone nadlatujacej z mroku ubranej na czarno postaci o jasnych wlosach.
- BLEAAAH!!! Nie dodawaj tyty!!! BLAAAH!! – zawolala postac
- Tyle ci tam wrzuce tyty ze sie zerzygasz!
- BLEAHAHAHA BLEAAAAEH!!
- ZAMKNIJ DUPE!!!

*Dresow Osiedlowych Wielka Narada
**Dresow Osiedlowych Wodz i Nauczyciel
***Czy naprawde musze to kurwa tlumaczyc?
****Apeluje tu do Twojej watpliwej inteligencji drogi czytelniku jezeli naprawde upadles tak nisko, zeby jednak czytac ten przypis. Tak, jestem wredny i robie sobie wlasnie jaja z CIEBIE! Popisuje sie moja pseudo-inteligencja i pseudo-elokwencja Twoim kosztem. Mozesz mnie pozwac jak chcesz, mam to w dupie. Na wpierdol tez reaguje opornie… No, moglbys mnie wrzucic do kadzi z kwasem, bo dopiero strata owlosienia na ramionach tudziez przypominanie nawet niebrazowego gowna wywarloby na mnie jakiekolwiek wrazenie. Dobra, skoncz juz czytac to gowno bo mi sie niedobrze robi jak o tym mysle. Sram na Ciebie sraka prosta i mam to w dupie, probuje sztucznie zwiekszyc obietosc textu ktory napisalem na szybkosci i w dupie mam Twoja opinie na ten temat. A wiesz dlaczego? Bo gowno masz tu do powiedzenia, drogi czytelniku! Ja tu jestem Bogiem, a jak nie spodoba mi sie twoj komentarz moge go wypierdolic zaledwie skinieniem brwi! MUHUHUHUHAHAHAHAHAHAAAAAAA!!!!!!


  • RSS